Archive for August, 2009

Straszny Dziadunio a rebours

August 18, 2009

Że Lech Wałęsa specjalnie manierami nie grzeszy, to wiadomo nie od dzisiaj. Że okadzany przez bandę klakierów uwierzył chyba we własną wielkość i samodzielne pokonanie komunizmu, to też żadna nowość. Że wzorem swoich współautorytetów bluzga na prawo i lewo, przecząc sobie w co drugiej wypowiedzi – a czasem w co drugim zdaniu – nikogo już chyba nie dziwi. Ale swoją ostatnią wypowiedzią na blogu przesadził – zakładając oczywiście, że sam te słowa napisał:

http://www.mojageneracja.pl/1980/blog/2253367254a891e9eaaa23/0

Próbka logiki: najpierw czytamy, że “Z tego co wiem P.Walentynowicz nie należała do Solidarności“, a kilka linijek dalej “została w początkowym okresie w 1981 r wydalona z Solidarności”… No  to jak,  została wydalona z ruchu, którego członkiem nigdy nie była? Chociaż czego ja wymagam od faceta, który chwalił się, że książek nie czyta – a co do swoich kontaktów z SB podawał tyle wersji zdarzeń, że sam ich już pewnie nie pamięta (a co dopiero apologeci).

W tym ruchu od zawsze w prowadzała anarchię rozrabiając demokratyczne struktury i niszcząc demokratycznie wybranych działaczy” – stylistyki i ortografii czepiać się nie będę (copy-paste z oryginału, gdyby kto pytał), skupmy się na treści. Facet, którego działania legitymizował Falandysz (i chyba tylko dlatego obyło się bez sądu), zarzuca innym anarchistyczne ciągotki i niszczenie demokratycznych wybrańców? Jego znakiem firmowym jako prezydenta było granie sobie ludźmi w układanki – i krytykuje innych za “rozrabianie”?


Dawała się wykorzystywać przez przygotowane koncepcje i materiały wyprodukowane w SB na wszystkie te stwierdzenia istnieją materiały i dowody które można tu w oryginałach pokazać .” – a ten kawałek to mnie szczerze mówiąc rozbawił. Podobno najskuteczniejszą metodą obrony stosowaną przez złodziei jest wrzeszczeć “kradną” gdy ktoś ich złapie za rękę na gorącym uczynku – ewidetnie Wałęsa to wie. Jego nazwisko regularnie wypływa w kontekście znikających dokumentów SB – ale pytanie o to oczywiście jest dowodem na małość i opluwanie autorytetów. Ale jemu samemu oczywiście wolno zarzucać brzydkie postępki bliźnim w oparciu o esbeckie teczki, które w tym momencie zyskują na wiarygodności.

Towarzystwo z wiązane z Kaczyńskimi ,Walentynowicz,, Macierewicz Olszewski i jeszcze kilku im podobnych do dziś nalezą do dziwnej paranoicznej im tylko znanej solidarności.” – i już się wszystko wyjaśnia. Że Wałęsa opluwał zawsze Gwiazdów czy Walentynowicz, to wiadomo – nie chciał się dzielić chwałą założyciela “S”. Ale skąd nagły atak jadu? Aaa, przyjął panią Annę wróg największy – Kaczor. No to dawaj, jedziemy… W końcu cel uświęca środki, w potworne i będące zagrożeniem dla demokracji Kaczory walić trzeba zawsze i wszędzie. Im bardziej nie ma ich u władzy, tym są groźniejsi – a kaczyzm przenosi się przez dotyk, więc pani Anna też jest już zarażona, ergo nie ma dla niej litości.

Chciałoby się powiedzieć: chcesz człowieku, tłucz się z Kaczorami, Macierewiczem czy Olszewskim – pies was wszystkich trącał  – ale od pani Anny się odczep, bo ta kobieta naprawdę jest  bohaterką. Chciałoby się – ale do (domniemanego) autora cytowanego przeze mnie wpisu i tak nic nie dotrze. Żyje w swojej alternatywnej rzeczywistości, przekonany o własnej wielkości i nie obchodzi go nic innego.

Cóż – kto chce wierzyć, niech wierzy w obowiązującą wizję historii. Ja pod wpływem propagandy nie zacznę uważać bydła za niebydło.

Advertisements

Politpoprawność vincit

August 7, 2009

Jak powszechnie wiadomo każdemu wykształconemu i światłemu człowiekowi, w Holandii obowiązuje tolerancja i relatywizm (jak mi powiedziano kiedyś, dwa filary tutejszej tożsamości – ale o tym może kiedy indziej) – a w ramach tejże tolerancji, nie może oczywiście być mowy o jakimkolwiek dyskryminowaniu ludzi z uwagi na kolor skóry. Mieszkając już chwilkę w tym kraju, zawsze słuchałem tych zapewnień na zasadzie “tak, tak, a lekarz kazał potakiwać”: na ogół wystarczy poczekać, aż Holender poczuje się trochę swobodniej i zaczyna wręcz ziać miłością do białych inaczej.

Ale zianie zianiem a miłość miłością, nasi turbaniaści przyjaciele mają kilka cech dystynktywnych: jedną z bardziej istotnych jest kompletny brak poczucia humoru na własny temat (przechodzący czasem w zerową tolerancję dla krytyki, o czym przekonał się “the hard way” Theo van Gogh). Skutki takiej auto-tresury –  nikt nie zamierza przesadnie bić się o wolność słowa, więc pismaki wolą się od razu dostosować same, żeby tylko żadnego turbaniarza nie urazić – widać w drobnych sytuacjach na łamach dzienników.

Na początku lipca w centrum Amsterdamu miał miejsce dość nieciekawy incydent: na postoju taksówek przy Leidseplein kierowca taryfy wdał się w sprzeczkę z pasażerem, sprzeczka przeszła w szarpaninę, sytuacja wymknęła się spod kontroli: pogotowie próbowało reanimować pasażera, ale ich wysiłki wystarczyły tylko na drogę do szpitala, gdzie mimo starań lekarzy facet zmarł.

http://www.parool.nl/parool/nl/4/AMSTERDAM/article/detail/251948/2009/07/05/Taxichauffeur-slaat-man-dood.dhtml

Oburzenie, dramat, burmistrz w szoku, słowa potępienia i ani słowa o narodowości sprawcy – który, tak się składa, jest kolorowy. No co by to było? Wytykać palcem? Jeszcze sobi nasi nowi obywatele pomyślą, że ich stygmatyzujemy, obarczamy winą za jeden egzemplarz, tworzymy stereotypy… Bardzo, bardzo ongezellig by to było.

No, chyba że chodzi o białych murzynów, którzy ośmielają się przyjeżdżać do krainy wiatraków i pracować po dumpingowych stawkach – wtedy jak najbardziej jesteśmy za swobodnym dostępem do informacji:

http://www.brabantsdagblad.nl/regios/denbosch/5330026/Pool-verstopt-drank-in-plafond-toilet-winkel.ece

O tempora, o mores! Facet pracujący w sklepie chciał ukraść trzy flaszki! Co za zbrodnia – 150 euro (i pewnie utrata pracy) nie wystarczy, trzeba dodatkowo ukarać sprawcę informując kogo popadnie o narodowości i miejscu pochodzenia (dobrze, że bez zdjęcia – łaskawcy)! W końcu uprzedzony znaczy uzbrojony – więc czytający gazetę Holender już wie, że na widok ludzi z dziwnym akcentem trzeba chować cały alkohol, bo inaczej cholerni Polacy mu go ukradną i wypiją!

I tak w praktyce wygląda ta równość. Kiedyś śmiałem się z USA, gdzie policja w niektórych stanach ma w oficjalnych komunikatach zakaz podawania koloru skóry podejrzanego (bo jeszcze by komuś wyszły niesłuszne proporcje etniczne wśród przestępców) – a tu proszę, praktycznie za płotem bliźniacze podejście. Kto by pomyślał, że “postępowej” UE tak blisko do “zacofanych” Stanów?

Martwe zło na Opolszczyźnie

August 6, 2009

Sto lat temu urodził się Stepan Bandera – bohater zachodniej Ukrainy, znienawidzony bandzior wschodniej, człowiek odpowiedzialny za powstanie OUN i wszystkie związane z tym imprezy towarzyszące w rodzaju rzezi na Wołyniu. Sformułowana przez Banderę deklaracja powstania państwa ukraińskiego mówi sama za siebie:

Nowopowstałe Państwo Ukraińskie będzie ściśle współdziałać z Nacjonal-Socjalistycznymi Wielkimi Niemcami, które pod przewodem swego Wodza Adolfa Hitlera tworzą nowy ład w Europie i świecie (…). Chwała bohaterskiej Armii Niemieckiej i jej Fuehrerowi Adolfowi Hitlerowi!

Ładny kwiatek, prawda? Deklaracje OUN i UPA dotyczące losu Polaków, Żydów czy Ukraińców nie podzielających tej wizji przyszłości nie były wiele gorsze:

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów zwalcza Żydów jako podporę moskiewsko-bolszewickiego reżimu, uświadamiając jednocześnie masy ludowe, że Moskwa jest głównym wrogiem”
albo

Narodzie! – Wiedz! Moskwa, Polska, Madziarzy, Żydostwo – to Twoi wrogowie. Niszcz ich!”

Jednym słowem, jeszcze jeden uroczy eksponat w galerii masowych morderców zaludniających historię naszej części świata. I w świetle choćby tych trzech cytatów rzeź wołyńska to nie było wynaturzenie czy wypadek przy pracy, tylko logiczna i naturalna konsekwencja ideologii głoszonej przez faceta, któremu prezydent Ukrainy odsłania pomniki.

A dzisiaj do Polski wjeżdża organizowany przez ukraińskich ekologów rajd rowerowy “Szlakami Stepana Bandery” – będą sobie chłopaki i dziewczyny jeździć, zwiedzać i składać przy okazji hołd pamięci idola. Fajnie, nie? Myślę, że to początek obiecującej tendencji: w następnym kroku można zaprosić młodzież rosyjską (szlakiem marszałka Żukowa) albo niemiecką – wędrówka wzdłuż trasy przemarszu XIX korpusu Guderiana to z pewnością niezapomniane przeżycie: można odwiedzić ziemie, z których “wypędzono” ich dziadków i pradziadków… Fenomenalny krok w stronę pojednania między naszymi narodami, prawda?

Żarty na bok – nie żebym chciał dowcipkować, ale czasem ciężki sarkazm to jedyna cywilizowana forma wypowiedzi. Że część Ukraińców chce budować swoją tożsamość na działaniach zbrodniczej organizacji – ich prawo, w końcu są samodzielnym państwem. Że jacyś lokalni zieloni są albo niedouczeni, albo bezczelni i przyjeżdżają do Polski czcić Banderę – trudno, durniów na tym świecie dostatek.

Że nasza wielce szanowna wierchuszka proweniencji wszelakiej kompletnie nie reaguje – no tu można by się wzburzyć, gdyby człowiek nie czytywał regularnie wiadomości. Tusk przypuszczalnie nie wie nawet co to Wołyń, bo oczy ma utkwione w sondaże – a Kaczyński odwołał w zeszłym roku patronat nad konferencją IPN o Wołyniu tylko po to, by objąć patronat nad festiwalem kultury ukraińskiej w Sopocie…O władzach KUL przyznających doktorat Juszczence już mi się nawet pisać nie chce: polski uniwersytet honorujący faceta, zza pleców którego wyglądają twarze pogrobowców UPA?

W tej sytuacji należy się cieszyć, że jest na świecie taki człowiek jak ksiądz Isakowicz-Zaleski, który mimo wszystko ciągle przypomina prawdę o tym, co stało się na Wołyniu (w polskim internecie robi to Dymitr). Szkoda tylko, że zamiast wyrazów uznania spotyka się z takimi obelgami ze strony ludzi takich jak udecki zombie Wujec:

http://www.youtube.com/watch?v=jqrirUJsA1U&feature=related

Ja rozumiem, że demencja starcza ma swoje prawa – ale obwiniać księdza Zaleskiego o działania fanów Bandery to po prostu najzwyklejsza w świecie podłość, podlana – jak to udecy mieli w zwyczaju – odwołaniem do wzniosłych ideałów pojednania.

A skoro rząd polski zachowuje się jak zwykle – czyli ogłasza wilgoć na oplutej twarzy skutkiem padającego deszczu – trzeba odwołać się do ludzi rządzących państwami poważnymi: na przykład do władz Izraela, tak jak to zrobił ksiądz Isakowicz – Zaleski pisząc do ambasadora w Warszawie. Skoro pamięć pomordowanych Polaków nie obchodzi władz w Warszawie, może żydowskie ofiary poruszą kogoś w Tel Awiwie – a przy okazji może i o naszych ktoś wspomni…

I tylko jeden mały promyczek nadziei przebija się przez zgiełk apologetów zbrodni wymieszany z tchórzliwym milczeniem reszty – dzięki panu Wiesławowi Tokarczukowi znalazłem forum zaxid.net, a na nim taki komentarz:

Wyście pomylili przyczynę ze skutkiem, a zwłaszcza pominęli moj zasadniczy argument : czy może być eksterminacja odpowiedzią na dyskryminację ? My osądziliśmy Mladica i Karadzica za Srebrenice, czemu nie sądzimy UPA za Wołyń ? I dość dziwne przekręcanie słów “etnicznych czystek dopuszczali się Polacy nad Ukraińcami”.. Czy to może Polacy grupowo zaatakowali 167 ukraińskich wsi w jeden dzień i zabijali ludzi w kościołach ? Dopóki nie spojrzymy prawdzie w oczy, nie bedzie z tego niczego. Polacy przyznają się do dyskryminacji Ukraińców, gdy Ukraińcy przyznają się do eksterminacji polskiej ludności, nie jak do “zasługi przed narodem”, a jak do swojej winy ?

Pomimo bierności polskich i ukraińskich władz, chaosu i morza złej woli: skoro istnieją takie głosy, to może polsko-ukraińskie pojednanie rzeczywiście jest jeszcze możliwe.

Tak bardzo chcę w to wierzyć.

Brokuły, obciach i Europejski Nakaz Aresztowania

August 5, 2009

Jak wiadomo, sprawiedliwość jest ostoją Rzeczypospolitej: z regularnością szwajcarskiego zegarka media informują o człowieku poszczutym komornikiem za niedopłacone pięćdziesiąt groszy, pani z ksero, na której skarbówka ćwiczyła prowokacje dziennikarskie (ewidentnie jakieś gnojki naoglądały się za dużo WSI24) albo o podłym piekarzu, co to podatku nie płacił… Wskutek paskudnego uzależnienia od informacji, czytam wiadomości regularnie i coraz bardziej się dziwię, że żaden obywatel się jeszcze nie zawiesił (nie wiedzących o co chodzi odsyłam do opowiadania Rafała Kosika pod takim tytułem)… Zwłaszcza w czasie, gdy rozmaici lepkopalcy ludzie z wierchuszki co i rusz wywijają się od odpowiedzialności karnej z uwagi na znikomą szkodliwość społeczną czynu albo – bardzo dogodnie i selektywnie – ginące dokumenty tudzież zapadające terminy proceduralnych przedawnień.

Zacząłem tak pesymistycznie, a przecież chciałem napisać o czymś radosnym i pozytywnym – mianowicie jak nasze dzielne służby prawa i porządku wcielają swoje pomysły w życie na forum europejskim inspirując swoich zachodnich kolegów. A Unia Europejska to nie nasz przytulny zaścianek, więc kwoty muszą być wyższe, prawda? W końcu, jak mawia pan premier, nie możemy się narażać na wstyd w oczach Europy…

I tak, zamiast kilkudziesięciu groszy lub braku faktury, dojechano ostatnio człowieka za sto złotych – w przeliczeniu na euro, po aktualnym kursie jakieś dwadzieścia dwa pięćdziesiąt. Z uwagi na zobowiązanie na taką kwotę pan Essen, obywatel holenderski, zostanie przekazany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości na podstawie decyzji stosownej sekcji amsterdamskiego sądu. Chyba, że się skutecznie odwoła…

Cała sprawa wygląda w telegraficznym skrócie tak: między majem 2002 a kwietniem 2003 pan Essen, razem z dwoma wspólnikami, prowadził w Polsce biznes – wspólnie hodowali i sprzedawali brokuły. Jaki klimat panuje w Polsce to mniej więcej wiadomo, więc hodowla nie wypaliła, a biznes padł. Partnerzy wrócili nad Amstel, a pan Essen został w Polsce żeby dopilnować zamykania interesu, papierkowej roboty i wszystkich z tym związanych radości. Jakiś czas później Essen został aresztowany pod zarzutem malwersacji i demolowania wyposażenia (w międzyczasie zajętego przez skarbówkę na poczet długów), w areszcie wplątał się w idiotyczną historię z pseudołapówką dla strażnika – żona przesłała mu sto złotych, posiadanie gotówki nie jest legalne w więzieniu, za pośrednictwem strażnika osadzony próbował coś tam kupić…

Odpowiadał z wolnej stopy (wyszedł za kaucją), ale uzasadnienia wyroku nigdy nie dostał – bo nikt nie znał jego holenderskiego adresu. W dodatku podejrzenie nie wystarczy do wydania nakazu, więc prowadzący w Polsce sprawę prokurator wygrzebał historię z klawiszem – Essen dostał w nos zarzutem próby przekupstwa funkcjonariusza państwowego.W maju tego roku facet został aresztowany na lotnisku w Amsterdamie na podstawie ślicznego i poprawnego ENA: jeśli sąd wyższej instancji odrzuci siedemnastego sierpnia jego skargę, zostanie odesłany do Polski.

Nie znam wszystkich detali dotyczących sprawy – prasa olała, a gdyby nie blogi (zwłaszcza nieoceniony www.boublog.nl) w życiu bym o tym nie usłyszał. Kilka faktów pozostaje jednak bezspornych: oprócz słabo udokumentowanego zarzutu próby korupcji (a pieniądze się w końcu znalazły) niczego konkretnego facetowi nie zarzucono, nikt nie wspomniał o żadnej kwocie poważniejszej niż te nieszczęsne sto złotych, luki prawne wydają się oczywiste nawet laikowi takiemu jak ja… Jedno co pociesza – choć marna to radość – to fakt, że polski aparat sprawiedliwości nie ma monopolu na tego rodzaju obsuwy i w stosownym holenderskim sądzie siedzą dokładnie tacy sami durnie. Ale co z tego? Nadęte buce uważają za stosowne marnować czas i pieniądz aparatu opłacanego z naszej podatniczej krwawicy – żeby się wykazać wiernością procedurom. Przeraża nieco fakt, że ani po polskiej, ani po holenderskiej stronie nikt nie wykazał się nawet odrobiną zdrowego rozsądku.

I takie przypadki, panie premierze / prezydencie / marszałku / bando postępowych durniów – to dopiero jest prawdziwy wstyd dla Polski. Nie jakieś tam Kaczory w gazetach z Jamajki: państwo polskie, które ściga człowieka Europejskim Nakazem Aresztowania za kwotę równą cenie butelki dobrej whisky, a nie potrafi ustalić gdzie jest kasa z FOZZ – to jest dopiero obciach i kompromitacja.

Ale co was to, durnie, obchodzi? Przecież z tego nie da się zrobić retorycznej pałki do pyskówki przed kamerą…

Homo(ś) iratus w akcji?

August 4, 2009

Jak to miło, gdy czasem nie potwierdzą się obiegowe stereotypy. Zasadniczo homoseksualiści uchodzą za zniewieściałych, ciamciarowatych i skłonnych do jęczenia nad swoim ciężkim losem – a przynajmniej taki wizerunek wyłania się z mediów, jak się człowiek przyjrzy Legierskiemu, Biedroniowi albo Niemcowi. W ostatnim czasie ich główna akcja medialna to skowyt na temat ustawy penalizującej zwymyślanie kogoś od pedałów (i pochodne wariacje, zasadniczo rzecz dotyczy obelg na temat orientacji seksualnej).

Osobiście uważam tego rodzaju pomysły za wyjątkowo szkodliwe idiotyzmy w typie ustawy o parytetach. Istniejące przepisy prawne chronią przed dyskryminacją z uwagi na mnóstwo rzeczy (artykuł 32 konstytucji RP, jakby kto pytał) i jeśli w praktyce olewany jest naczelny akt prawny naszego pięknego kraju, wprowadzanie dodatkowych ustaw czy grzywien nie zmieni tu absolutnie nic. Na dodatek umocni tylko negatywny stosunek części ludzi do homoseksualistów: nie żebym wzorem ciepłych braciszków chciał skomleć o homofobii, ale fakty są jasne – wielu ludziom propagowany przez gejów styl się nie podoba. I mają do tego pełne prawo: jak na razie nie ma prawnego nakazu aprobaty. Zresztą chciałbym zobaczyć durnia, który spróbuje takowy wprowadzić (tfu, żebym nie zapeszył).

Czemu o tym piszę? Bo jeśli wierzyć doniesieniom prasowym, są i tacy geje, którzy nie życzą sobie bycia traktowanymi jak obywatele drugiej kategorii, za których musi myśleć państwo:

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,6892821,Homoseksualisty_nie_mozna_nazwac_pedalem.html

Można debatować, czy piętnaście tysięcy to nie jest lekka przesada – chętnie dowiedziałbym się, w jaki sposób powód wycenił swoja utratę swoich dóbr osobistych (choć jak się zastanowić, może to faktycznie jest sposób na ludzi, którzy mają skłonność do wtykania nosa w nie swoje sprawy?). Pewnie nie od rzeczy byłoby spytać jak się definiuje dobra osobiste, zwłaszcza w kontekście licznych spraw o zniesławienie, które sądy masowo umarzają gdy w grę wchodzi jakiś polityk.

I jeszcze kilka innych znaków zapytania w tej sprawie jest – ale o tym niech rozstrzygają prawnicy spierających się stron. Mnie cieszy co innego: bez durnych lewackich ustaw, ideologicznych urzędów wypełnionych pasożytami – i przede wszystkim bez skomlenia Biedronia et consortes – geje w Polsce potrafią dochodzić w cywilizowany sposób swoich konstytucyjnie zagwarantowanych praw.