Obcy w obcym kraju

Pierwsze wrażenie po wylądowaniu na lotnisku w Bangkoku (największym, najnowocześniejszym etc. w tej części świata) to gorąco. Zdarzyło mi się być w paru miejscach na świecie, które nie nalezały do najchłodniejszych, ale czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem. Wychodzi się z lotniska i połączenie gorącego, parnego powietrza ze smogiem po prostu ścina z nóg. Po paru dniach człowiek się przyzwyczaja i zaczyna rozumieć Tajów, którzy patrzą na pędzącego po ulicy faranga jak na durnia: dokąd on się tak spieszy? Więc zwalniasz, zaczynasz się wlec noga za nogą. W takiej temperaturze po prostu inaczej się nie da. I właśnie poprzez takie drobne rzeczy zaczyna do ciebie docierać, że niby leciałeś wszystkiego dziesięć godzin – a jakbyś się znalazł na innej planecie.

Następne wrażenie to chaos: nie istnieje chyba część miasta (może oprócz okolicy, gdzie mieszczą się ambasady) wolna od straganów, sklepików i naganiaczy oferujących a to taksówkę, a to czytanie z dłoni, a to ping-pong show (o tym niżej). O ile nie dziwi to specjalnie na Khoa San Road, gdzie najłatwiej o w miarę rozsądnie wyceniony hotel (ergo: pełno turystów, hipisów etc), o tyle w centrum kontrast jest niesamowity. Super luksusowy hotel o trzydziestu piętrach, ośmiopiętrowe centrum handlowe (samo szkło i stal) – a dwadzieścia metrów od wejścia jakaś kobieta w najlepsze smaży coś podejrzanie podobnego do karalucha czy innego konika polnego (nazwijcie mnie europejskim szowinistą, ale jakoś nie mogłem się zmusić do spróbowania).

Picture 023

I teraz scenka rodzajowa: na ulicy ruch, karaluchy wędzą się w najlepsze na smrodliwym mini grillu, zgiełk, spaliny i ogólne zamieszanie pod hasłem “dzień w wielkim mieście”. Z jednego z wieżowców wychodzi elegancko ubrana dziewczyna. Najpierw idzie się pomodlić do jednego z miliona ołtarzyków zapełniających ulice Bangkoku (piszę “ołtarzyk” z braku lepszego określenia, choć wszyscy mi powtarzają, że buddyzm nie jest religią), a potem je lunch przy stoisku z dziwnymi wynalazkami, konwersując ze sprzedawczynią. Na koniec grzecznie się kłaniają i każda wraca do swojego świata: jedna do ulicznego straganu, druga do pracy w świątyni konsumpcji.

Z tą konsumpcją to w ogóle jest jedna ciekawa sprawa – choć w sumie poboczna. Za wyjątkiem paru rzeczy stricte lokalnych (sieć komórkowa czy inny abonament na net), znaczna część reklam używa zdjęć kobiet o urodzie wybitnie europejskiej, tak jakby pozbycie się własnej odrębności było oznaką, bo ja wiem, awansu społecznego? Jeśli chodzi o paradujących w reklamach facetów proporcja jest ciut lepsza na korzyść autochtonów, choć nie o rząd wielkości. Któregoś dnia jadąc BTS (coś jak szybka wersja metra z lekkim futurystycznym posmakiem – wszystkie przewodniki mówią na to “Sky Train”) doznałem lekkiego szoku na widok reklamy na monitorze: krem wybielajacy cerę, bo przecież to wyraz bycia takim lepszym. I Tajowie chyba kupili tę bzdurę, bo im lepsza dzielnica miasta, tym jaśniejszą skórę mają spotykani wokół ludzie. Kiedyś uważałem że takie zabawy to domena durnowatych celebrytów w typie Michaela Jacksona czy Diany Ross, ale jak widać można spacyfikować w ten sposób cały, nie najmniejszy przecież, kraj. Niech nam żyje reklama w warunkach wolnego rynku.

Picture 012

Właśnie, wolny rynek… Momentami czułem się w Bangkoku jak na pokazie pod hasłem “wolny rynek w praktyce”. Królestwo Słoni ma jeszcze trochę do nadgonienia jeśli chodzi o poziom zamożności (w porównaniu z, powiedzmy, Singapurem), ale jego mieszkańcy wyglądają na zdeterminowanych żeby nie zajęło to zbyt dużo czasu. Handlują wszyscy i czym się da – w szczególności popularną opcją jest transport. Autobusy, busy, taksówki – do wyboru, do koloru. Osobne przeżycie to tuk-tuk – coś jakby motorowa riksza. Wsiadasz do kabiny, kierowca rusza z kopyta – i wtedy się zaczyna. Skręty, wymijanie, trąbienie… Po jakimś czasie człowiek zaczyna się cieszyć z benzynowych spalin owiewających go od tyłu: otumaniony, nie bardzo masz siłę się stresować.

Wszystkie te środki transportu, podobnie jak (z małymi wyjątkami) uliczny handel mają jedną wspólną cechę: bez targowania się ani rusz. Wprawdzie na upartego można by stwierdzić, że nawet wyjściowe ceny podawane przez drugą stronę (rozbój w biały dzień jak na tajskie standardy) są w miarę niskie po przeliczeniu na złotówki czy euro, ale w ten sposób pozbawiłby się człowiek sporej ilości śmiechu. Kierowcy tuk-tuków chyba z definicji rzucają jakieś kwoty z sufitu i podejrzewam, że obraziliby się gdybym przyjął taką cenę z marszu – kilkakrotnie udawało mi się zbić kwotę o jedną czwartą, jedną trzecią nawet… Jest to o tyle zaskakujące, że zawsze uważałem się za kompletny antytalent w tej dziedzinie. Może po prostu pomogły mi perełki humoru sytuacyjnego, które czasem wymykają się zagonionym kierowcom.

Picture 036

Jeden z wyjątków od powyższej reguły dotyczącej targowania to książki: nie jestem pewien czy Tajowie są tacy wyedukowani, czy też po prostu gros turystów odwiedzających ten piękny kraj cierpi na głód słowa pisanego. Jakie by nie były przyczyny, co drugą przecznicę można znaleźć sklepik z używanymi książkami i prasą (z uwagi na kontrowersyjny czasem sposób składowania, waham się przed użyciem słowa antykwariat). Rozmiar oferty trąci postmodernizmem: z jednej strony “Playboy” po szwedzku, z drugiej – osobny fragment półki wydzielony na angielskie tłumaczenia dzieł Tołstoja (z etykietką “Lew Tolstoy”przybitą gwoździem do drewna).

Wspomniałem o poczuciu wyobcowania, i nie była to tylko kwestia bariery językowej. Uświadomiłem sobie w pewnym momencie, że tak właściwie to pierwszy raz w życiu jestem w Azji, w kraju, gdzie dominuje buddyzm (na południu są kawałki bardziej muzułmańskie). I naturalnie bardzo miło się ogląda przepiękne świątynie otaczające pałac królewski, podobnie jak stojącego w jednej z nich Szmaragdowego Buddę – ale dla mnie, białego Europejczyka, to tylko estetycznie przyjemne widoczki.

Picture 068

Dla Tajów natomiast to wyznaczniki systemu filozoficznego, wokół którego zorganizowane jest ich życie – i choćbym nie wiem jak się wytężał, nie pojmę tego. Jest to o tyle istotne, że właśnie z tej różnicy w podejściu do życia wynika zapewne większość różnic, które mnie dziwiły – na przykład opisanych wyżej kontrastów (luksusowa restauracja, a przecznicę dalej śpią bezdomni) i spokoju, z jakim podchodzą do nich autochtoni. Albo same akcje w świątyniach: jak się w pewnym momencie dowiedziałem, posąg Szmaragdowego Buddy jest ubierany w różny strój w zależności od pory roku. Z jednej strony może się to wydawać śmieszne czy dziwne, z drugiej – mówimy tu o naprawdę starej kulturze (a nie plemieniu zaszytym w dżungli), której przedstawiciele podchodzą do tego zupełnie serio.

Picture 057

Przeczytałem poprzedni akapit i sam mam wrażenie, że jakiś kulawy ten opis. Nie wiem na ile to kwestia ubóstwa mojego aparatu pojęciowego, a na ile faktu, że to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. W celu poprawy stylistyki przejdę do rzeczy, które rozumiem trochę lepiej – czyli do spraw polityczno-społecznych.

Technicznie rzecz biorąc, Tajlandia jest już od jakiegoś czasu krajem demokratycznym – wszystkie atrakcje z tym związane typu kupowanie głosów, populistyczni durnie u władzy etc. są tu bardzo dobrze znane. Ale jest jeszcze król, który w przeciwieństwie do monarchów europejskich nie służy wyłącznie do machania łapką na paradzie z okazji tego czy owego. Nie jestem pewien jak to właściwie opisać: monarcha to trochę autorytet moralny, trochę instancja odwoławcza między politykami pochodzącymi z wyboru… Niezależnie od przyczyn, Tajowie są na punkcie swojego monarchy lekko stuknięci. Już nie mówię o tym, że wszystko jest pod patronatem – królewska marynarka wojenna, królewski uniwersytet, ciekawe czy są też królewskie pisuary (chroni mnie fakt pisania tego tekstu po polsku i poza granicami Królestwa Słoni, bo za publiczne wyrażanie lekceważących opinii o Jego Wysokości można w tym pięknym kraju dostać trzy lata) … Na tylnej szybie taksówki – “niech żyje król” po tajsku i po angielsku, na co drugiej ulicy portret ku czci skrzyżowany z ołtarzykiem (kwiaty, znicze, te sprawy), ale rekord absolutny padł kiedy zmęczony dniem wybrałem się do kina.

Przed właściwym seansem standard: zapowiedzi filmowe, reklamy – i nagle na ekranie pojawia się jego wysokość, wszyscy wstają i zaczynają śpiewać hymn. Podczas krótkiego filmiku (który informuje nas, że będziemy oglądać film dzięki królowi) jego wysokość się uśmiecha, macha ręką, składa gospodarską wizytę – a to wszystko przeplatane scenami szcżęśliwych obywateli Tajlandii, którzy harmonijnie pracują dla dobra Ojczyzny pod portretem łaskawego monarchy. Nazwijcie mnie cynikiem, ale nie mogłem oprzeć się skojarzeniu z czasami (podobno) słusznie minonymi i kronikami filmowymi z lat pięćdziesiątych. Dobrze że w Tajlandii nie ma problemu ze stonką, bo ani chybi znalazłby się jakiś tutejszy Łapicki, potępiający wichrzycieli opłacanych przez Birmę.

Można się krzywić do upadłego na krzywdzące stereotypy, ale fakty są jednoznaczne: dla większości ludzi pierwsze skojarzenie z hasłem “Tajlandia” to łatwy dostęp do rozkoszy cielesnych. W Bangkoku handel ciałem odbywa się głównie w okolicy największego nocnego bazaru. Idzie cżłowiek ulicą, po lewej stragan z podkoszulkami, obok owoce – a z prawej otwarte drzwi do zadymionego lokalu, gdzie na podeście buja się przy rurach kilkanaście dziewczyn w skąpych czerwonych bikini. Nawet zgrabne, nie powiem – w końcu reklamowanie takiego przybytku przy pomocy “kobiet dla koneserów” mijałoby się z celem. Ale wyraz ich twarzy, w parze z apatycznymi pląsami, jakoś specjalnie nie zachęcają do wejścia do środka.

Ale że Tajowie to naród nastawiony na zarabianie pieniędzy (zwłaszcza kosztem turystów), przed każdymi drzwiami kręci się tłum naganiaczy proponujących obejrzenie rozmaitych “show”. Najtańsza oferta w cenniku to “ping pong show” – kto oglądał “South Park” kojarzy klimat, na użytek osób wrażliwszych powiedzmy oględnie, że dama na scenie obraca piłeczkę pingpongową nie w ustach, tylko wręcz przeciwnie. A dalej robi się coraz weselej, mnie osobiście zafascynowała koncepcja “write letter” (cały czas operujemy w tych samych partiach anatomii). Zafascynowała – ale nie na tyle, żebym zdecydował się na wizytę w przybytku. Może znowu odezwała się moja paranoja, ale miałem wrażenie że jeśli pójdę za natrętnym typem, mam spore szanse dostać w najbliższej alejce w łeb i obudzić się bez portfela czy komórki. Dobrze jest się czasem pośmiać, ale jednak ryzyko wydało mi się trochę za duże.

To jest zresztą ogólniejszy problem w tej dziedzinie – czy to dzielnica uciech w Bangkoku, czy bary z prostytutkami w samiuteńkim centrum Chiang Mai – jakieś to wszystko ponure. To znaczy ja oczywiście nie oczekuję, że kobiety obsługujące iluś klientów dziennie będą się przy tym dobrze bawić i szczerze uśmiechać do przypadkowego przechodnia. Ale może przynajmniej klienci przybytków dobrze się bawią? Nic z tych rzeczy: siedzi taki europejski grubas, spocony jak wieprz, a na gębie ponury grymas. Obok zgrabna Tajka, młodsza (w wariancie optymistycznym) o połowę, patrzy gdzieś tam w przestrzeń. Płacone ma od godziny albo jak “Pretty woman” – w sumie nieistotne, bo ewidentnie ktoś tu się męczy. Po co? Bo koledzy powiedzieli że to w Tajlandii takie łatwe, więc człowiek w to brnie, choć wcale nie ma ochoty? Nie rozumiem, i wcale nie jestem pewien czy zrozumieć chcę. Ale wrażenie jest nieszczególne i jakoś tak się to do człowieka lepi.

Skoro już przy tym temacie jesteśmy, dygresja: jestem pod absolutnym wrażeniem determinacji Tajek w kontekście eksponowania kobiecości. Po całym dniu snucia się po mieście w sandałach, modliłem się tylko o możliwość klapnięcia gdzieś z piwem w ręku – a zdecydowana większość pań, niezależnie od tego jakimi warunkami obdarzyla je natura, cały dzień twardo w mini i na obcasach. Czego by nie mówić, to budzi szacunek.

Jedna z najbardziej charakterystycznych cech mieszkańców tego kraju to uprzejmość – i to zarówno wobec siebie nawzajem, jak i względem obcych. Przez cały czas pobytu, widziałem może ze dwie okazje, kiedy ktoś podniósł na ulicy głos (chamowatych turystów, którym wydaje się że pieniądze robią z nich bóstwa, nie liczę) – a i to uszłoby co najwyżej za łagodną sprzeczkę w porównaniu z tym, co można usłyszeć na powiedzmy warszawskiej ulicy. Bardzo ważne jest przestrzeganie grzecznościowych form, co prowadzi czasem do zabawnych (znowu: dla mnie, człowieka z innej bajki) sytuacji. Któregoś razu podczas wizyty w barze udałem się za potrzebą – mijając obok męskiego przybytku kolejkę pań czekających przed damską toaletą. Ze środka wyszła właśnie poprzednia użytkowniczka, która uznała za wskazane ukłonić się wszystkim czekającym w kolejce. I nie to, żeby opędzlowała wszystkie panie jednym machnięciem głową – dziewczyna przedefilowała wzdłuż oczekujących kłaniając się każdej z nich po kolei, a one uznając to za rzecz normalną, równie grzecznie odpowiadały.

A’propos uprzejmości: Tajowie z jednej strony są uprzejmi dla wszystkich, z drugiej – chyba nie mają specjalnych złudzeń odnośnie manier turystów. Doszedłem do takiego wniosku po wizycie w kafejce internetowej, do której zajrzałem kiedyś w celu rezerwacji biletu.Stanowisko, do którego zmierzałem nie miało krzesła – zabrała je siedząca obok para. Nie chcąc utrudniać im życia, spytałem się faceta z obsługi czy mogę zabrać stojące w przeciwległym rogu ozdobne siedzidło. Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą, przytachałem koromysło do swojego kompa – a po skorzystaniu i uiszczeniu opłaty, grzecznie odniosłem krzesło na miejsce, gdzie stało poprzednio. Spod – jak zwykle maniakalnie uprzejmych – uśmiechów obsługi wyglądało coś na kształt szoku: biały, a zachowuje się jak człowiek. Nie wiem kto ich w tym kraju odwiedza, skoro drobnostki wywołują życzliwą reakcję, ale osobiście podejrzewam brytyjskich turystów.

Cokolwiek chaotyczne te widoczki z podróży, ale taka też była moja wizyta w słoniowym królestwie. Dziwny i fascynujący kraj, pełen trudnych do pojęcia różnic,  z jednej strony obcy, z drugiej – przyjazny. Chciałbym tam jeszcze kiedyś wrócić.

Picture 032

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: