Archive for July, 2009

Chadecja i pluskający homosie

July 28, 2009

Raz na jakiś czas zdarzają się wiadomości, które budzą w człowieku tak zwane mieszane uczucia – i coś takiego znalazłem dzisiaj rano: holenderska chadecja będzie prowadzić dialog z homoseksualistami. Jak co roku odbywa się w Amsterdamie Canal Pride, szczytowy punkt obchodzonego regularnie Gay Pride. Nigdy tak do końca nie rozumiałem idei parady: skoro, jak powtarzają do znudzenia wszyscy tolerancjusze, geje są takimi samymi ludźmi jak hetero, z czego tu być dumnym? Mnie osobiście jakoś nigdy nie pociągała idea chwalenia się przed całym światem faktem, że interesują mnie kobiety a nie faceci… Z drugiej strony, co ja tam prosty człowiek wiem o takich sprawach? Może takie dywagacje to prostu dowód mojej niskiej tolerancji na odmienność (no to jak: tacy sami, czy odmienni? mogliby się końcu zdecydować).

W każdym razie tegoroczna parada będzie różniła się od dotychczasowych, bo po raz pierwszy wezmą w niej udział politycy nie wywodzący się z szeregów czerwonych. CDA, czyli smutna zbieranina uchodząca w tym kraju za chadecję, wyśle swojego przedstawiciela na łódce. Pląsając wśród przebierańców z powtykanymi tu i ówdzie piórami, deputowany Corien Jonker będzie konwersował z gejami i lesbijkami deklarującymi się jako chrześcijanie. Cel ćwiczenia? Nawiązywanie dialogu między chrześcijanami orientacji homo a kościołami.

Słucham, czytam i właściwie nie wiem, co o tym myśleć. Z jednej strony, taktyka wzajemnej eskalacji zarzutów przesadnie nie pomaga: wielu duchownych wrzuca wszystkich gejów do jednego worka ze smutnymi ciotami pokroju Biedronia (albo chowa się po kątach wstydząc się oskarżenia o nietolerancję), a hom0-aktywiści klepią frazesy o uciskającym ich Kościele. Z drugiej – co ma do tego świecki deputowany z pseudo-chadeckiej partii? W końcu to nie Anglia, gdzie struktury kościelne i państwowe są – na wyższych szczeblach – zintegrowane.

Dochodzi jeszcze pytanie: nawet jeśli taki dialog jest potrzebny (O czym? Homosie przejdą na celibat? Kościół rozmiękczy swoje stanowisko?), czy koniecznie należy go prowadzić wśród rąbiącego z głośników techno? I dlaczego łódka, gdzie pląsać będzie “chadek” Jonker, pływać będzie za pieniądze podatników?

Ale wkoło jest wesoło, i to zdaje się jest w dzisiejszych czasach najważniejsze.

Advertisements

Londyńska kablówka

July 27, 2009

Miałem zacząć od słów “jak donosi dzisiejsza ‘Rzepa‘” – ale uświadomiłem sobie, że to troszkę nie za bardzo pasuje do treści. Więc jeszcze raz: jak podaje dzisiejsze internetowe wydanie “Rzeczpospolitej”, część brytyjskich organów prawa i porządku niespecjalnie sobie radzi z drobną przestępczością – malowaniem graffiti, ludźmi nie sprzątającymi psich kup etc.

Można próbować edukować, zwiększać nakłady na policję czy inne patrole straży miejskiej (choć tego ostatniego wynalazku w Anglii chyba nie znają) – a można odwołać się do najstarszej ludzkiej motywacji: chęci zysku. Kiedyś – przynajmniej w demokratycznych ustrojach – ludzie raczej specjalnie nie chwalili się byciem policyjnym informatorem (choćby dlatego, że w pewnych kręgach nie jest to zdrowe zajęcie), a teraz? Nowy wspaniały świat: zakapuj sąsiada bo wyrzucił piwo obok kosza, a Wielki Brat Cię doceni.

Myślę, że warto obserwować jak przyjmie się nowy pomysł pragmatycznych wyspiarzy zwalczających wykroczenia przeciw środowisku. W końcu pięć stów piechotą nie chodzi, zwłaszcza w kryzysowych czasach – a metoda jest bardzo rozwojowa. Po sfotografowaniu psiego opiekuna przyłapanego na gorącym uczynku (a właściwie braku tegoż), może przyjdzie kolej na nagranie rasistowskiego dowcipu? Skopiowanie homofobicznego żartu z maila? Możliwości jest multum.

I pomyśleć, że to wszystko dzieje się w kraju, który wydał (cholera, forma mi się na treść rzuca) Huxleya i Orwella…

Na falochronie

July 27, 2009

Mieszkam w Holandii już jakiś czas, ale nie czuję się na tyle zintegrowany, żeby zacząć uważać się za autochtona. Co jakiś czas temat przyjezdnych – a ściślej Polaków w charakterze nowych Marokańczyków – przewija się w gazetach: a to jakiś polityk wyje o zagrożeniu “polskim tsunami” odbierającym pracę Holendrom, a to materiał w telewizji o pomocy socjalnej dla bezdomnych – od razu przypomina się Mrożek piszący “uprzejmie donoszę, że Polacy to tacy Murzyni, tylko że biali”…

Nie żebym się jakoś specjalnie przejmował, w końcu wszędzie są nieudacznicy i populiści – jednak w ciągu ostatnich paru tygodni zacząłem się czuć cokolwiek dziwnie. Trochę przywaliły mnie inne zajęcia i miałem mniej czasu na czytanie wiadomości, ale mimo wszystko cisza w mediach zaczęła mi się wydawać podejrzana. Nawet Wilders, ostatnia nadzieja białych, nie powiedział ani słóweczka?

Tu mała dygresja: co poniektórzy po prawej stronie wiązali spore nadzieje z karynckim homosiem lubującym się w deklarowaniu idei wolnorynkowych i równoczesnym rozdawnictwie kasy w Karyntii; po zejściu tegoż ze sceny, sporo ludzi uważa Wildersa i PVV za odnowicieli europejskiej prawicy – osobiście doradzałbym sceptycyzm.

Wracając do wątku: zacząłem podejrzewać że w powietrzu wisi coś dziwnego – ale na szczęście okazało się, że  w tych niepewnych czasach można liczyć przynajmniej na PVV. W zeszłym tygodniu deputowany tej partii Sietse Fritsma zbombardował gabinet żądaniem podania kosztów, jakie ponosi holenderski budżet w związku z masową imigracją do Krainy Wiatraków – i czy Holandia coś w ogóle ma z finansowania całej tej zabawy w tolerancję i otwartość (Polską rządzą ludzie, dla których miarą sukcesu jest pochmyranie pytką po szyi przez brukselskiego komisarza, a Holandia chyba próbuje jeszcze robić za państwo poważne – więc patrzy uważnie na bilans zysków i strat).

Deputowany Fritsma odniósł się konkretnie do emigrantów nie-zachodnich (“non-Westerse” w wersji oryginalnej), co prowadzi mnie do pewnego dysonansu  językowego i umysłowego. Albo zaliczamy Polskę do Zachodu -i wtedy wypowiedź Fritsmy można zignorować, a wypowiedzi naszych dygnitarzy o wchodzeniu do Europy uznać za skomlenie zakompleksionych gnojków – albo też Polska krajem zachodnim nie jest i wtedy uwagi Fritsmy mogą się odnosić także do Polaków.

Jakie uwagi? Fritsma najwyraźniej odrobił pracę domową i nie ograniczył się do ogólnych komentarzy. Pyta ministerstwo edukacji – wielu emigrantów jest według niego kiepsko wykształconych, co zwiększa koszty dla holenderskich szkół i uczelni. Ministerstwo zdrowia też zostało wywołane do tablicy: wśród emigrantów popularne są małżeństwa między kuzynami, czego skutki może sobie dośpiewać każdy człowiek mający elementarne pojęcie o genetyce. Wreszcie dochodzi resort sprawiedliwości: zagrożenie terrorystyczne sprawia, że ukochany przez Holendrów święty spokój, znany też jako gezelligheid, jest zagrożony.

Cytując Sapkowskiego: generalnie, kurde, nie jest dobrze. Z jednej strony, retoryka odrobinkę odrzuca: nie chędożę własnej siostry (na przykład dlatego że takowej nie mam) ani nie planuję sie wysadzać, więc nie do mnie te uwagi… Choć niewykluczone, że terror politpoprawności uniemożliwia Fristmie powiedzenie głośno tego, co zdaje się dla Holendrów jest oczywiste – że chodzi o import z Tunezji, Maroka i innych krajów muzułmańskich.

Z drugiej, nie da się odmówić pewnej racji uwagom deputowanego – ale w zjednoczonej, postępowej etc. Europie mówić takich rzeczy głośno nie wypada. I głównonurtowe partie (CDA, PvdA) od uwag tego rodzaju się powstrzymują, nawet jeśli ich przedstawiciele i elektorat się po cichu zgadzają. Natomiast Wilders i jego kompania robią za tak totalnego czarnego luda, że nie mają już reputacji do spaprania – mają za to, według ostatnich sondaży, 43% poparcia…

Jeśli PVV stworzy po wyborach rząd, możliwe są zasadniczo dwa scenariusze rozwoju sytuacji: albo ich retoryka jest wycelowana tak naprawdę w muzułmanów (i wskutek weryfikacji socjalu tudzież nasilenia integracji ciapiaci poczują się dyskryminowani – ciąg dalszy znamy), albo rzeczywiście chodzi o dojechanie cudzoziemców jak leci, w tym także niżej podpisanego. Ciekawe skutki dla holenderskiej gospodarki może mieć utrudnianie życia pracującym imigrantom, ale każdy ma prawo do eksperymentów na żywym organizmie…

Tak czy owak, będzie wesoło.

Potwór Pana Cogito na pochodzie i w knajpie

July 22, 2009

Sześćdziesiąt pięć lat temu opublikowano w Moskwie manifest PKWN: w tym czasie ta zbieranina koncesjonowanych przez Stalina szumowin rezydowała w Chełmie, podczas gdy do historii przeszli jako “rząd lubelski” – i dosyć dobrze podsumowuje to kłamstwo założycielskie PRL. Do końca 1944 towarzystwo zdążyło sformalizować swoje zamiary – na podstawie ich dekretów rozstrzeliwano żołnierzy AK, mordowano po parodii procesu “Nila” czy rotmistrza Pileckiego, wsadzano ludzi takich jak Moczarski do jednej celi z gestapowskimi zbrodniarzami… Właściwie ta krótka lista wystarczy, żeby uznać Wasilewską, Radkiewicza czy Osóbkę-Morawskiego za zdrajców kwalifikujących się do zakopania pod płotem i to bez pogrzebu. I w każdym normalnym kraju pewnie tak by właśnie było – w końcu za dużo mniejsze przewiny Ezrę Pounda obwożono w klatce – ale Polska normalnym krajem nie jest.

Nie jest już od dosyć dawna, a patrząc na to, co się dzisiaj wyprawiało, jakoś nie nabieram specjalnej wiary, że będzie lepiej. Salonka Bieruta na pokaz, bar mleczny jako atrakcja turystyczna, Communism Tour w Nowej Hucie… Już nawet nie mówię o wykopaliskach w rodzaju Adama Gierka, który powtarza starą mantrę czerwonych o tym, żeby nie pluć im w życiorysy – albo Palikmiocie, który paraduje ubrany w pionierski mundurek z czerwoną chustą. Bandycki system, który zniszczył życie tylu ludziom – a pozostałych wtrącił w szarzyznę i wszechogarniający syf – funkcjonuje jako zabawne wspomnienie z elementami folkloru.

I nikomu to nie przeszkadza, że co roku masa ludzi wychodzi świętować rocznicę faktycznego ustanowienia w Polsce sowieckiej okupacji. Że po takim powiedzmy Amsterdamie paraduje mnóstwo umysłowo sprawnych inaczej, którzy na koszulkach noszą czerwone gwiazdy, to mnie nawet specjalnie nie dziwi – nikt ich nigdy porządnie nie “wyzwolił”, więc po prostu są głupi. Ale że w demolowanej przez pół wieku Polsce jest tak samo, tego pojąć nie mogę – zwłaszcza, że gdybym pierwszego września postanowił cieszyć się z wkroczenia Niemców, władowałbym się w kłopoty.

Pół biedy towarzyski ostracyzm – przy najbliższej okazji dobrałaby się do mnie pewnie prokuratura z paragrafu o szerzeniu ideologii totalitarnej. Całkiem słusznie, skądinąd – tylko ciekawe, czemu dzielnym twórcom i stróżom prawa nie wadzi w niczym okadzanie symboli totalitaryzmu czerwonego. Prywatnie podejrzewam splot dwóch czynników: z jednej strony, brunatni zostali pokonani, dobici i po przebiciu osikowym kołkiem zakopani – podczas gdy czerwoni zdychali, zdychali i w końcu nie zdechli. Z drugiej, spora część tzw. elit ma sporo za uszami z okresu trymfów komuny – im głośniej krzyczą o szanowaniu pamięci PRL, tym tego brudu więcej.

Zasadniczo staram się być zwolennikiem wolności słowa w praktyce, ale kiedy zobaczyłem nalane mordy na paradzie członków SLD, coś we mnie trzasnęło. Ileż można? Dlaczego ciągle tolerujemy chwalenie zbrodniczej ideologii, która spowodowała tyle cierpienia – i cofnęła nas cywilizacyjnie o pół wieku? Ewidentnie tłumaczenie, perswadowanie i edukacja się nie sprawdzają – bo pójście do knajpy przystrojonej w czerwone flagi jest zabawne (dla starych) albo trendy (dla młodych). Skoro nie da się trafić przez głowę, ewidentnie konieczne jest aplikowanie bodźców z przeciwnej strony ciała. Karać, walić grzywny, aresztować – są dobre wzorce za naszą zachodnią granicą, gdzie (niezależnie od być może żywionych cichcem poglądów) nikt się publicznie nie przyzna do nazistowskich sentymentów. W tylu sprawach inspirujemy się rozwiązaniami ze “starej Unii”, może i w tej dziedzinie warto by było wziąć przykład z Niemców? Jeśli chodzi o proces Demianiuka, jakoś nikt się specjalnie nie przejmował humanitaryzmem, o którym tyle nam opowiadają zwolennicy selektywnej amnezji.

Popatrzyłem sobie na poprzedni akapit i mam ochotę palnąć się w ten pusty łeb: na mrzonki ci się, Banachewicz, zebrało? Kto miałby to zrobić? Szmata na premierowskim stołku, której poczynaniami rządzi towarzysz sondaż, a priorytetem jest dostosowanie się do zdania “Europy”?   Zero będące prezydentem, które boi się własnego cienia  i olewa ofiary Wołynia? Nowy fantastyczny kandydat, zakumplowany ze swoim oficerem prowadzącym? Bez kpin…

Chciałbym napisać, że może przynajmniej historia ich sprawiedliwie osądzi – i bandytów, i apologetów, i tych obojętnych na podrygi ideowej hydry – ale obudziło się moje gorsze i mądrzejsze ja, przypominając mi starą prawdę: historię piszą zwycięzcy. Po części z winy idiotycznej formy podtrzymywania pamięci, ludzie przywiązujący wagę do patriotyzmu przegrali wojnę o pamięć.I zdecydowanej większości to pasuje, więc może tak po prostu musi być.

Tylko jakoś mi smutno.

Raport mniejszości 2009?

July 19, 2009

Rządy holenderskie miewają różne ciekawe pomysły, charakteryzujące się sporą zmiennością: a to legalizują marihuanę, a to skracają smycz coffee shopom, pozwalają prostytutkom założyć związek zawodowy by potem redukować (pod rządami socjalisty!) ilość “witryn” w Amsterdamie, ignorują rejestrację partii pedofili by jakiś czas później brać się na ostro za tępienie tych ostatnich.

Minister sprawiedliwości Ernst Hirsch Balin postanowił do walki z degeneratami (między innymi, bo ma rzecz ma też dotyczyć innych przestępstw) wprząc najnowszą technologię – tworzenie scentralizowanej bazy profili przestępców. W skrócie, idea jest taka: mamy iluś skazanych za przestępstwa na tle seksualnym, mamy dane reszty obywateli, będziemy szukać w plikach wzorców pozwalających wychwycić podejrzanych. Jeśli ktoś odpowiadający wzorcowi pojedzie, powiedzmy, do Tajlandii – holenderskie władze mogą uprzedzić lokalną policję, a po powrocie solidnie zrewidować takiego delikwenta gdy postawi stopę na holenderskiej ziemi.

I niby wszystko jest w porządku – mało jest chyba przestępstw budzących tak powszechną odrazę jak wykorzystywanie seksualne dzieci. Każdy normalny człowiek (a zwłaszcza mający potomstwo)  chciałby, żeby były bezpieczne – więc pomysł pewnie spotka się z powszechną akceptacją. Ale jak zwykle w przypadku rządowych konceptów, diabeł tkwi w szczegółach.  Minister otwartym tekstem przyznał, że system nie ma być stosowany wyłącznie do zwalczania pedofilii – a to otwiera furtkę to bardzo brzydkich zabaw w wykonaniu stosownych służb.

Jest w filmie “Siedem” taka scena, gdy tropiący Johna Doe policjanci sprawdzają w bibliotece listę użytkowników zainteresowanych pozycjami z indeksu: Biblia, “Mein Kampf”, “Raj utracony”… Gdy kręcono film, wydawało się to jeszcze jednym przejawem ponurej wyobraźni twórców, ale teraz ta wizja zaczyna nabierać niepokojąco realnych kształtów – zwłaszcza, że technologia jest już dostępna:

http://www.nwo.nl/nwohome.nsf/pages/NWOA_7THBTD_Eng

Kto zaręczy, że po wpisaniu na listę przestępstw na przykład homofobii, eurosceptycyzmu czy innego pomysłu chorych lewaków, stosowne służby  nie zaczną ścigać ludzi “pasujących do profilu” PRZED popełnieniem jakiegokolwiek przestępstwa? Wprawdzie Hirsch Ballin zarzeka się, że profilowanie ma być wkomponowane w istniejące ramy prawne – ale jak pokazuje casus traktatu lizbońskiego czy  paktu stabilizacyjnego dla strefy euro,  z szacunkiem dla prawa jest w UE niespecjalnie w kwestiach “makro”… A co dopiero w dziedzinie indywidualnych swobód?

To brzydko i niedelikatnie myśleć tak o bliźnich, ale czasem cieszę się, że Philip Dick nie dożył dzisiejszych  czasów. Wiele wątków z kart jego powieści to koszmary zaludniające jego wyobraźnię, wzmocnione narkotykowym uzależnieniem – i chyba nie ucieszyłby się zbytnio oglądając ich realizację na żywo. Do “Trzech stygmatów” coraz bliżej, “Raport mniejszości” tez wygląda zza rogu…

Ciekawe co będzie następne.

Coś optymistycznego? Czemu nie…

July 18, 2009

Czytanie wiadomości nigdy nie było przesadnie radosnym doświadczeniem,  a już zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy nic tak nie ożywia gazety jak kilka trupów – codziennie na pierwszych stronach mamy zamachy, wypadki, przekręty… W najlepszym razie niekompetentnych durniów na wysokich stanowiskach. Tym bardziej należy więc doceniać dobre wiadomości, zwłaszcza jeśli dochodzą z niespodziewanych miejsc.

Bodajże Czesław Bielecki powiedział kiedyś, że z trzech cech – inteligencja, uczciwość osobista i poglądy lewicowe – tylko dwie mogą występować równocześnie. Na podstawie własnych obserwacji stwierdzam, że ta teoria sprawdza się w praktyce nie najgorzej, ale i na nią zdarzają się kontrprzykłady – a najświeższego dostarczył w Krainie Wiatraków minister do spraw integracji (i czegoś tam jeszcze), Van der Laan.

Rzeczony minister – wywodzący się, co ważne, z szeregów PvdA (socjaldemokracja de nomine i de facto) – postanowił skrócić nieco smycz podległej mu wethouder Smit (niestety nie umiem tego dobrze przełożyć na polski – coś jak wojewódzki urzędnik do spraw czegoś tam, ale niezależny od wojewody tylko podległy bezpośrednio ministerstwu).

O co  poszło? O kursy przysposobienia obywatelskiego dla nowych mieszkańców Holandii – jak do tej pory głównie dla białych inaczej, choć od jesieni wymóg uczestnictwa ma objąć także niżej podpisanego i innych obywateli UE rezydujących nad Amstelem (ale o tym innym razem).

W każdym razie, pani Smit organizowała w Utrechcie kursy integracyjne (język, obyczaje, kultura)  – osobno dla kobiet i mężczyzn. Rozbrajające było podane przez nią uzasadnienie: ten sposób gwarantował, że więcej ludzi będzie brać udział. Wychodzi na to, że Kundera piszący o Wielkim Marszu – ja bym to uogólnił na fetysz masowości – miał całkiem. Furda, że w ten sposób rząd holenderski dostosowuje się de facto do norm obowiązujących w krajach pochodzenia przyjezdnych – najważniejsze są (odpowiednio duże) liczby i możliwość wykazania się wykonaniem planu przed wierchuszką.

Na takie dictum minister Van der Laan zrobił dwie rzeczy godne uwagi. Po pierwsze, publicznie odświeżył pani Smit pamięć odnośnie norm kulturowych w Holandii – w szczególności równouprawnienia obu płci. Owszem, w Maroku czy Tunezji standardem są osobne zajęcia dla kobiet i mężczyzn: ale tu jest Europa, nie ma segregacji płciowej i jeśli chcemy możliwie szybko zintegrować przyjezdnych, należy jasno i wyraźnie wysłać im ten sygnał od samego początku.

Po drugie, minister jasno zapowiedział zakończenie finansowania osobnych kursów od 2010 roku (czyli od następnego roku budżetowego) – i biorąc poprawkę na dość bezpieczną większość, jaką cieszy się koalicja CDA-PvdA w obecnej Tweede Kamer, jest szansa na urzeczywistnienie tej obietnicy.

Kto by pomyślał? W ogarniętej szaleństwem politpoprawności Europie A.D. 2009, socjaldemokratyczny minister jasno deklaruje przywiązanie do europejskich wartości – i zamierza poprzeć obietnicę finansowymi konkretami. Gdybym nie był zatwardziałym cynikiem, może nawet uznałbym to za światełko na końcu tunelu.

Małpa z karabinem, czyli Frycz Modrzewski przewraca się w grobie

July 12, 2009

O przedstawicielach dyscyplin w rodzaju socjologii nigdy nie miałem przesadnie wysokiego mniemania: z jednej strony, gadające głowy w telewizji zawsze przerażały mnie totalnym pustosłowiem, z drugiej – parałem się w życiu przez moment liftingiem i ten epizod utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że absolutnie każdy, kto nie jest analfabetą, może pisać o socjologii. No i dobrze, myślałem, w końcu nie ma dość supermarketów w Polsce żeby zapewnić pracę wszystkim absolwentom – ale niestety rozpanoszone prymitywy rozpełzają się coraz szerzej. Zgrzytałem zębami coraz mocniej z każdym napotkanym humanistą obnoszącym się ze swoją matematyczną ignorancją, cierpiałem na niestrawność gdy mianowane autorytety z pogardą odnosiły się do inżynierów… Są jednak na tym świecie rzeczy ważniejsze niż dobre samopoczucie Konrada Banachewicza, więc znosiłem katusze we względnym milczeniu.

Ale raz na jakiś czas zdarza się tak spektakularny wykwit aroganckiego tumanizmu, że po prostu trzeba zacytować jednego z bohaterów Sapkowskiego: non, kurwa, possumus. I to jest właśnie ten moment.

W swoim pędzie do ulepszania świata, “Gazeta Wyborcza” zaprasza na łamy różnych ludzi mających coś do powiedzenia na temat edukacji. W większości przypadków wartość merytoryczna ich wypowiedzi jest na poziomie rubryki “Gwiazdy mówią Dziennikowi” u konkurencji, ale że są to ludzie mający – o zgrozo! – pewien wpływ na system edukacji w Polsce, warto się czasem przemęczyć. W zeszłym tygodniu na łamach dał głos Majcherek Janusz, profesor czegoś tam w Instytucie Filozofii I Socjologii w Krakowie:

http://wyborcza.pl/1,75515,6801961,Specjalisci_i_manipulatorzy.html

No i jak to mówią, pojechał po bandzie.

Pogląd o prymacie nauk ścisłych i technicznych nad humanistycznymi i społecznymi nie odzwierciedla jednak bynajmniej żadnych nowoczesnych trendów, lecz jest reliktem XIX-wiecznego nurtu filozoficzno-światopoglądowego znanego jako pozytywizm – I na dzień dobry ustawiamy sobie pole do dyskusji. Nie żebym przesadnie wierzył w sensowność takich porównań (jak ustalić czy matematyka jest warta więcej od historii? Bez sensu – ale znamienne, że tych słów nie pisze przedstawiciel porządnej nauki humanistycznej, tylko socjolog), ale w porządku: są różne sposoby leczenia kompleksów. Relikt? Czemu nie, w sumie wpasowuje się taka fraza w dominujący obecnie trend do uwielbiania wszystkiego co nowoczesne, w połączeniu z tępieniem tradycji utożsamianej z zacofaniem.

Należą do nich (zwolenników pozytywizmu – KPB) twórcy profilu i programu polskiego szkolnictwa powszechnego. Idąc w ślady swych prekursorów z dwóch ubiegłych stuleci, wierzą oni naiwnie, że wiedza rodzi się z gromadzenia i uogólniania danych faktograficznych, a jej kluczowymi dziedzinami są nauki przyrodnicze i ścisłe. – nasuwa się w tym momencie pytanie, z czego – zdaniem tumanisty Majcherka – bierze się wiedza? Niepokalane poczęcie? Nie, przecież wiara w takie zjawiska nie przystaje do nowoczesnego społeczeństwa otwartego… Mam osobiście teorię: otóż wiedza w socjologii (o ile coś takiego w ogóle istnieje) wynika z tego, co powiedziały autorytety. Co skądinąd jest bardzo wygodne: nie trzeba się wysilać, tworzyć niczego oryginalnego: wystarczy tylko odpowiednio długo trzymać się w miejscu – “politicians, whores and buildings – all become respectable, if they last long enough”, jak mówił jeden z bohaterów “Chinatown”. Dołożyłbym do tej grupy jeszcze humanistów – w przeciwieństwie do matematyków, którzy twórczo “szczytują” w okolicach trzydziestki, a potem jest już tylko trwanie.

Stosownie do tych wyobrażeń polska szkoła maltretuje uczniów wtłaczaniem im do głów niezliczonej liczby faktów, a przedmioty przyrodnicze górują ilościowo i zakresowo w planach nauczania nad humanistycznymi. – nie wiem jaka jest pogoda na planecie tumanisty Majcherka, ale z całą pewnością inna niż u mnie – bo fakt, że funkcjonujemy w odmiennych wymiarach jest oczywisty. Przedmioty przyrodnicze górują? Matematyka, której program jest cięty i okrawany z roku na rok – zarówno na poziomie liceum, jak i na studiach wyższych? W toku swojej edukacji zazdrościłem czasem ludziom, którzy kończyli szkołę kilka lat wcześniej, bo mieli okazję dowiedzieć się z przedmiotów ścisłych ciut więcej niż ja, ale gdy słucham świeżych absolwentów, czuję się jak absolutny tytan – więc ta tendencja nie zaczęła się wczoraj, a można wręcz odnieść wrażenie jednostajnego przyspieszenia (wersja dla majcherkopodobnych; dzieje się coraz szybciej).

Ludzie o wąskospecjalistycznym wykształceniu techniczno-inżynierskim często są istotnie bardziej podatni na polityczną agitację i ideologiczne sugestie, wykazując się ignorancją w rozpoznawaniu ich bałamutności. “ – słodkie, prawda? Z jednej strony, tumanista M. zgrabnie prześlizguje się nad tym, jakie wykształcenie mieli ludzie tworzący zbrodniczne systemy dwudziestego wieku: w końcu Hitler był fizykiem, Goebbels chemikiem, Stalin doktoryzował się z matematyki, a Beria to informatyk… Z drugiej, jakoś umknęło mu, że nauki przyrodnicze były jedynymi w miarę odpornymi na ideologiczne szaleństwa zeszłego stulecia: demolowano historię, filologie czy ekonomię, ale prawa fizyki czy logiki mają to do siebie, że są niezmienne… Twierdzenie Talesa działa niezależnie od tego, czy u władzy są socjaliści, monarchiści, czy akurat szaleje anarchia.

Gdybym był paranoikiem (albo uważałbym, że Majcherek ma dośc mózgu na stworzenie takiej koncepcji), uznałbym komentowane przeze mnie brednie za wyraz perfidnego planu. Według mnie, jest dokładnie odwrotnie niż twierdzi jego socjologiczna mość: ludzie z wykształceniem ścisłym są przyzwyczajeni do logiki i mają znacznie mniejszą skłonność do przyjmowania czegokolwiek na wiarę (chyba że nie biorą analitycznej części mózgu idąc, powiedzmy, na wybory – ale to osobna kwestia). Chemiczna reakcja nie zacznie przebiegać inaczej wskutek większej empatii badacza, strony równania muszą się zgadzać, kod musi się poprawnie skompilować…

A jeśli coś nie działa, to gdzieś jest błąd – i “ścisłowiec” zacznie go szukać. Dobrym potwierdzeniem tej tezy są dla mnie wspomnienia ludzi zmuszonych za komuny do zdawania egzaminów z ekonomii politycznej socjalizmu (starszych czytelników proszę o korektę jeśli pokręciłem nazwę przedmiotu): wszyscy zgodnie mówią, że logiki nie było w tym za grosz, więc triumfy święciła zasada trzech “z” – zakuć, zdać, zapomnieć. Formułujący te bzdury “naukowcy” mają się po dziś dzień świetnie, a wnioski odnośnie tego kto miał rację, proszę sobie z historii po 1989 wyciągnąć samodzielnie (dla majcherkopodobnych: socjalizm upadł gospodarczo, bo był wewnętrznie sprzeczny).

A jak ujawnił na tych łamach już w zeszłym roku Piotr Cieśliński (…) rynkowa kariera wyrafinowanych instrumentów finansowych, których upowszechnienie doprowadziło do kryzysu amerykańskiego systemu bankowego i w rezultacie do załamania gospodarki światowej, była dziełem fizyków i matematyków opracowujących skomplikowane modele funkcjonowania tych derywatów. “ – a tutaj to już po prostu ręce opadają – po to tylko, by złożyć się w pięści rwące się do reedukacji aroganckiego socjologa (do niektórych ludzi można trafić przez głowę, do innych – wręcz przeciwnie; niejaki Majcherek ewidentnie zalicza się do tej ostatniej kategorii). Jedno zdanie, cztery linijki – i cztery bzdury.

Po pierwsze, samemu nie łaska sformułować logicznych wniosków – ale czego oczekiwać od socjologa? – tylko należy się podeprzeć autorytetem. Większość podręczników logiki i erystyki wspomina o tego rodzaju sztuczkach (“dowód przez autorytet”, jak to się sarkastycznie mawiało u mnie na wydziale), ale od człowieka zajmującego się zawodowo przelewaniem z pustego w próżne nie ma co oczekiwać znajomości elementarza. W końcu on jest ponad to.

Po drugie, rynkowej kariery instrumentom pochodnym na ryzyko kredytowe (to zapewne ma na myśli tumanista Majcherek) nie zapewnili matematycy i fizycy. Tak się składa że napisałem z ryzyka kredytowego doktorat i podejrzewam, że wiem o tym więcej niż czterech Majcherków razem wziętych. Nie chcę zanudzać czytających żargonem, więc proszę mi uwierzyć na słowo: artykuły z tej dziedziny, gdzie formułuje się matematyczne modele instrumentów finansowych, mają bardzo precyzyjną instrukcję obsługi – nasz model działa przy takich założeniach, w tych okolicznościach może zawodzić, błąd prognozy wynosi tyle a tyle. READ THE FUCKING MANUAL, jak to się pisze często na internetowych forach.

Mamy wolność słowa i swobodny przepływ wiedzy, więc do publikacji tego rodzaju mają też dostęp ekonomiści – a za to, że modele stosowano w sposób kompletnie nieodpowiedni doprawdy ciężko winić autorów akademickich publikacji. Finansiści to w sporej części banda zadufanych ignorantów i wyposażenie ich w narzędzia takie jak instrumenty pochodne to ekwiwalent wręczenia małpie nowiutkiego karabinu maszynowego. “To nie kryzys, to rezultat” – cytując Kisiela, a tumanista Majcherek obwiniający twórców narzędzia za skutki bezmyślnego używania tegoż to rzadki, nawet jak na to środowisko, przykład intelektualnej bezczelności połączonej ze sporą dozą chamstwa.

Bzdura trzecia jest mocno powiązana z drugą: modele, o których mówi Majcherek, opisywały prostą sytuację typu jeden portfel kredytów, który ktoś chce ubezpieczyć. Nie przewidywały finasowej piramidki (która jest najzwyklejszym w świecie przekrętem), i co ważniejsze: nie brały pod uwagę ludzkiej krótkowzroczności. Oczywiście można to skrytykować jako brak realizmu, ale dla nikogo zajmującego się statystyką nie jest normalne zakładanie ciągłego wzrostu wartości rynku nieruchomości. Ale powtarzam własny błąd: facet prowadzący warzywniak na rogu rozumie, że po wzroście cen musi przyjść spadek. Fizyk czy matematyk, nawet jeśli zaczadział akademicką atmosferą i osłabł mu kontakt z prawdziwym życiem, co rusz musi sobie odświeżyć pamięć analizując dane historyczne. Ale tumanista Majcherek? Skąd jemu to wiedzieć, nieszczęsnemu ?

Po czwarte, nie ma żadnego załamania gospodarki światowej – ponosimy po prostu konsekwencje nadmiernego uzależnienia wielu gałęzi przemysłu od spekulacji (casus słynnych już opcji walutowych, którymi przejął się Waldemar “Portret pamięciowy” Pawlak). Wbrew kasandrycznym stękom rozmaitej maści gazetowych mędrków, nie mamy też do czynie nia z żadnym końcem kapitalizmu: po prostu po hossie przyszła bessa i jeśli tylko rządy nie dostaną kolektywnego ataku umysłowej biegunki, nie ma najmniejszego powodu żeby przechodzić na ręczne sterowanie całym tym interesem. Rynek wyeliminował nieefektywne jednostki – pod warunkiem że nie będziemy przeszkadzać, na miejsce upadłych banków powstaną nowe, a krótkoterminowe koszta takiego przejścia będą znacznie niższe od spłacania tych wszystkich planów typu “bailout” przez następne pokolenia.

Miałem się jeszcze – po piąte – popastwić trochę nad napuszonym językiem, ale prawdę powiedziawszy nie bardzo mi się chce. Jedna z zalet systemu liberalnego jest taka, że każdy ma przed sobą pełne spektrum możliwości: jesli starczy mu sił i zdolności, może być naukowcem, politykiem, wojskowym… Jak dowodzi przykład Majcherka, absolutnie każdy może też zostać profesorem uniwersytetu.

Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie całkiem o to chodziło.

Obcy w obcym kraju

July 3, 2009

Pierwsze wrażenie po wylądowaniu na lotnisku w Bangkoku (największym, najnowocześniejszym etc. w tej części świata) to gorąco. Zdarzyło mi się być w paru miejscach na świecie, które nie nalezały do najchłodniejszych, ale czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem. Wychodzi się z lotniska i połączenie gorącego, parnego powietrza ze smogiem po prostu ścina z nóg. Po paru dniach człowiek się przyzwyczaja i zaczyna rozumieć Tajów, którzy patrzą na pędzącego po ulicy faranga jak na durnia: dokąd on się tak spieszy? Więc zwalniasz, zaczynasz się wlec noga za nogą. W takiej temperaturze po prostu inaczej się nie da. I właśnie poprzez takie drobne rzeczy zaczyna do ciebie docierać, że niby leciałeś wszystkiego dziesięć godzin – a jakbyś się znalazł na innej planecie.

Następne wrażenie to chaos: nie istnieje chyba część miasta (może oprócz okolicy, gdzie mieszczą się ambasady) wolna od straganów, sklepików i naganiaczy oferujących a to taksówkę, a to czytanie z dłoni, a to ping-pong show (o tym niżej). O ile nie dziwi to specjalnie na Khoa San Road, gdzie najłatwiej o w miarę rozsądnie wyceniony hotel (ergo: pełno turystów, hipisów etc), o tyle w centrum kontrast jest niesamowity. Super luksusowy hotel o trzydziestu piętrach, ośmiopiętrowe centrum handlowe (samo szkło i stal) – a dwadzieścia metrów od wejścia jakaś kobieta w najlepsze smaży coś podejrzanie podobnego do karalucha czy innego konika polnego (nazwijcie mnie europejskim szowinistą, ale jakoś nie mogłem się zmusić do spróbowania).

Picture 023

I teraz scenka rodzajowa: na ulicy ruch, karaluchy wędzą się w najlepsze na smrodliwym mini grillu, zgiełk, spaliny i ogólne zamieszanie pod hasłem “dzień w wielkim mieście”. Z jednego z wieżowców wychodzi elegancko ubrana dziewczyna. Najpierw idzie się pomodlić do jednego z miliona ołtarzyków zapełniających ulice Bangkoku (piszę “ołtarzyk” z braku lepszego określenia, choć wszyscy mi powtarzają, że buddyzm nie jest religią), a potem je lunch przy stoisku z dziwnymi wynalazkami, konwersując ze sprzedawczynią. Na koniec grzecznie się kłaniają i każda wraca do swojego świata: jedna do ulicznego straganu, druga do pracy w świątyni konsumpcji.

Z tą konsumpcją to w ogóle jest jedna ciekawa sprawa – choć w sumie poboczna. Za wyjątkiem paru rzeczy stricte lokalnych (sieć komórkowa czy inny abonament na net), znaczna część reklam używa zdjęć kobiet o urodzie wybitnie europejskiej, tak jakby pozbycie się własnej odrębności było oznaką, bo ja wiem, awansu społecznego? Jeśli chodzi o paradujących w reklamach facetów proporcja jest ciut lepsza na korzyść autochtonów, choć nie o rząd wielkości. Któregoś dnia jadąc BTS (coś jak szybka wersja metra z lekkim futurystycznym posmakiem – wszystkie przewodniki mówią na to “Sky Train”) doznałem lekkiego szoku na widok reklamy na monitorze: krem wybielajacy cerę, bo przecież to wyraz bycia takim lepszym. I Tajowie chyba kupili tę bzdurę, bo im lepsza dzielnica miasta, tym jaśniejszą skórę mają spotykani wokół ludzie. Kiedyś uważałem że takie zabawy to domena durnowatych celebrytów w typie Michaela Jacksona czy Diany Ross, ale jak widać można spacyfikować w ten sposób cały, nie najmniejszy przecież, kraj. Niech nam żyje reklama w warunkach wolnego rynku.

Picture 012

Właśnie, wolny rynek… Momentami czułem się w Bangkoku jak na pokazie pod hasłem “wolny rynek w praktyce”. Królestwo Słoni ma jeszcze trochę do nadgonienia jeśli chodzi o poziom zamożności (w porównaniu z, powiedzmy, Singapurem), ale jego mieszkańcy wyglądają na zdeterminowanych żeby nie zajęło to zbyt dużo czasu. Handlują wszyscy i czym się da – w szczególności popularną opcją jest transport. Autobusy, busy, taksówki – do wyboru, do koloru. Osobne przeżycie to tuk-tuk – coś jakby motorowa riksza. Wsiadasz do kabiny, kierowca rusza z kopyta – i wtedy się zaczyna. Skręty, wymijanie, trąbienie… Po jakimś czasie człowiek zaczyna się cieszyć z benzynowych spalin owiewających go od tyłu: otumaniony, nie bardzo masz siłę się stresować.

Wszystkie te środki transportu, podobnie jak (z małymi wyjątkami) uliczny handel mają jedną wspólną cechę: bez targowania się ani rusz. Wprawdzie na upartego można by stwierdzić, że nawet wyjściowe ceny podawane przez drugą stronę (rozbój w biały dzień jak na tajskie standardy) są w miarę niskie po przeliczeniu na złotówki czy euro, ale w ten sposób pozbawiłby się człowiek sporej ilości śmiechu. Kierowcy tuk-tuków chyba z definicji rzucają jakieś kwoty z sufitu i podejrzewam, że obraziliby się gdybym przyjął taką cenę z marszu – kilkakrotnie udawało mi się zbić kwotę o jedną czwartą, jedną trzecią nawet… Jest to o tyle zaskakujące, że zawsze uważałem się za kompletny antytalent w tej dziedzinie. Może po prostu pomogły mi perełki humoru sytuacyjnego, które czasem wymykają się zagonionym kierowcom.

Picture 036

Jeden z wyjątków od powyższej reguły dotyczącej targowania to książki: nie jestem pewien czy Tajowie są tacy wyedukowani, czy też po prostu gros turystów odwiedzających ten piękny kraj cierpi na głód słowa pisanego. Jakie by nie były przyczyny, co drugą przecznicę można znaleźć sklepik z używanymi książkami i prasą (z uwagi na kontrowersyjny czasem sposób składowania, waham się przed użyciem słowa antykwariat). Rozmiar oferty trąci postmodernizmem: z jednej strony “Playboy” po szwedzku, z drugiej – osobny fragment półki wydzielony na angielskie tłumaczenia dzieł Tołstoja (z etykietką “Lew Tolstoy”przybitą gwoździem do drewna).

Wspomniałem o poczuciu wyobcowania, i nie była to tylko kwestia bariery językowej. Uświadomiłem sobie w pewnym momencie, że tak właściwie to pierwszy raz w życiu jestem w Azji, w kraju, gdzie dominuje buddyzm (na południu są kawałki bardziej muzułmańskie). I naturalnie bardzo miło się ogląda przepiękne świątynie otaczające pałac królewski, podobnie jak stojącego w jednej z nich Szmaragdowego Buddę – ale dla mnie, białego Europejczyka, to tylko estetycznie przyjemne widoczki.

Picture 068

Dla Tajów natomiast to wyznaczniki systemu filozoficznego, wokół którego zorganizowane jest ich życie – i choćbym nie wiem jak się wytężał, nie pojmę tego. Jest to o tyle istotne, że właśnie z tej różnicy w podejściu do życia wynika zapewne większość różnic, które mnie dziwiły – na przykład opisanych wyżej kontrastów (luksusowa restauracja, a przecznicę dalej śpią bezdomni) i spokoju, z jakim podchodzą do nich autochtoni. Albo same akcje w świątyniach: jak się w pewnym momencie dowiedziałem, posąg Szmaragdowego Buddy jest ubierany w różny strój w zależności od pory roku. Z jednej strony może się to wydawać śmieszne czy dziwne, z drugiej – mówimy tu o naprawdę starej kulturze (a nie plemieniu zaszytym w dżungli), której przedstawiciele podchodzą do tego zupełnie serio.

Picture 057

Przeczytałem poprzedni akapit i sam mam wrażenie, że jakiś kulawy ten opis. Nie wiem na ile to kwestia ubóstwa mojego aparatu pojęciowego, a na ile faktu, że to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. W celu poprawy stylistyki przejdę do rzeczy, które rozumiem trochę lepiej – czyli do spraw polityczno-społecznych.

Technicznie rzecz biorąc, Tajlandia jest już od jakiegoś czasu krajem demokratycznym – wszystkie atrakcje z tym związane typu kupowanie głosów, populistyczni durnie u władzy etc. są tu bardzo dobrze znane. Ale jest jeszcze król, który w przeciwieństwie do monarchów europejskich nie służy wyłącznie do machania łapką na paradzie z okazji tego czy owego. Nie jestem pewien jak to właściwie opisać: monarcha to trochę autorytet moralny, trochę instancja odwoławcza między politykami pochodzącymi z wyboru… Niezależnie od przyczyn, Tajowie są na punkcie swojego monarchy lekko stuknięci. Już nie mówię o tym, że wszystko jest pod patronatem – królewska marynarka wojenna, królewski uniwersytet, ciekawe czy są też królewskie pisuary (chroni mnie fakt pisania tego tekstu po polsku i poza granicami Królestwa Słoni, bo za publiczne wyrażanie lekceważących opinii o Jego Wysokości można w tym pięknym kraju dostać trzy lata) … Na tylnej szybie taksówki – “niech żyje król” po tajsku i po angielsku, na co drugiej ulicy portret ku czci skrzyżowany z ołtarzykiem (kwiaty, znicze, te sprawy), ale rekord absolutny padł kiedy zmęczony dniem wybrałem się do kina.

Przed właściwym seansem standard: zapowiedzi filmowe, reklamy – i nagle na ekranie pojawia się jego wysokość, wszyscy wstają i zaczynają śpiewać hymn. Podczas krótkiego filmiku (który informuje nas, że będziemy oglądać film dzięki królowi) jego wysokość się uśmiecha, macha ręką, składa gospodarską wizytę – a to wszystko przeplatane scenami szcżęśliwych obywateli Tajlandii, którzy harmonijnie pracują dla dobra Ojczyzny pod portretem łaskawego monarchy. Nazwijcie mnie cynikiem, ale nie mogłem oprzeć się skojarzeniu z czasami (podobno) słusznie minonymi i kronikami filmowymi z lat pięćdziesiątych. Dobrze że w Tajlandii nie ma problemu ze stonką, bo ani chybi znalazłby się jakiś tutejszy Łapicki, potępiający wichrzycieli opłacanych przez Birmę.

Można się krzywić do upadłego na krzywdzące stereotypy, ale fakty są jednoznaczne: dla większości ludzi pierwsze skojarzenie z hasłem “Tajlandia” to łatwy dostęp do rozkoszy cielesnych. W Bangkoku handel ciałem odbywa się głównie w okolicy największego nocnego bazaru. Idzie cżłowiek ulicą, po lewej stragan z podkoszulkami, obok owoce – a z prawej otwarte drzwi do zadymionego lokalu, gdzie na podeście buja się przy rurach kilkanaście dziewczyn w skąpych czerwonych bikini. Nawet zgrabne, nie powiem – w końcu reklamowanie takiego przybytku przy pomocy “kobiet dla koneserów” mijałoby się z celem. Ale wyraz ich twarzy, w parze z apatycznymi pląsami, jakoś specjalnie nie zachęcają do wejścia do środka.

Ale że Tajowie to naród nastawiony na zarabianie pieniędzy (zwłaszcza kosztem turystów), przed każdymi drzwiami kręci się tłum naganiaczy proponujących obejrzenie rozmaitych “show”. Najtańsza oferta w cenniku to “ping pong show” – kto oglądał “South Park” kojarzy klimat, na użytek osób wrażliwszych powiedzmy oględnie, że dama na scenie obraca piłeczkę pingpongową nie w ustach, tylko wręcz przeciwnie. A dalej robi się coraz weselej, mnie osobiście zafascynowała koncepcja “write letter” (cały czas operujemy w tych samych partiach anatomii). Zafascynowała – ale nie na tyle, żebym zdecydował się na wizytę w przybytku. Może znowu odezwała się moja paranoja, ale miałem wrażenie że jeśli pójdę za natrętnym typem, mam spore szanse dostać w najbliższej alejce w łeb i obudzić się bez portfela czy komórki. Dobrze jest się czasem pośmiać, ale jednak ryzyko wydało mi się trochę za duże.

To jest zresztą ogólniejszy problem w tej dziedzinie – czy to dzielnica uciech w Bangkoku, czy bary z prostytutkami w samiuteńkim centrum Chiang Mai – jakieś to wszystko ponure. To znaczy ja oczywiście nie oczekuję, że kobiety obsługujące iluś klientów dziennie będą się przy tym dobrze bawić i szczerze uśmiechać do przypadkowego przechodnia. Ale może przynajmniej klienci przybytków dobrze się bawią? Nic z tych rzeczy: siedzi taki europejski grubas, spocony jak wieprz, a na gębie ponury grymas. Obok zgrabna Tajka, młodsza (w wariancie optymistycznym) o połowę, patrzy gdzieś tam w przestrzeń. Płacone ma od godziny albo jak “Pretty woman” – w sumie nieistotne, bo ewidentnie ktoś tu się męczy. Po co? Bo koledzy powiedzieli że to w Tajlandii takie łatwe, więc człowiek w to brnie, choć wcale nie ma ochoty? Nie rozumiem, i wcale nie jestem pewien czy zrozumieć chcę. Ale wrażenie jest nieszczególne i jakoś tak się to do człowieka lepi.

Skoro już przy tym temacie jesteśmy, dygresja: jestem pod absolutnym wrażeniem determinacji Tajek w kontekście eksponowania kobiecości. Po całym dniu snucia się po mieście w sandałach, modliłem się tylko o możliwość klapnięcia gdzieś z piwem w ręku – a zdecydowana większość pań, niezależnie od tego jakimi warunkami obdarzyla je natura, cały dzień twardo w mini i na obcasach. Czego by nie mówić, to budzi szacunek.

Jedna z najbardziej charakterystycznych cech mieszkańców tego kraju to uprzejmość – i to zarówno wobec siebie nawzajem, jak i względem obcych. Przez cały czas pobytu, widziałem może ze dwie okazje, kiedy ktoś podniósł na ulicy głos (chamowatych turystów, którym wydaje się że pieniądze robią z nich bóstwa, nie liczę) – a i to uszłoby co najwyżej za łagodną sprzeczkę w porównaniu z tym, co można usłyszeć na powiedzmy warszawskiej ulicy. Bardzo ważne jest przestrzeganie grzecznościowych form, co prowadzi czasem do zabawnych (znowu: dla mnie, człowieka z innej bajki) sytuacji. Któregoś razu podczas wizyty w barze udałem się za potrzebą – mijając obok męskiego przybytku kolejkę pań czekających przed damską toaletą. Ze środka wyszła właśnie poprzednia użytkowniczka, która uznała za wskazane ukłonić się wszystkim czekającym w kolejce. I nie to, żeby opędzlowała wszystkie panie jednym machnięciem głową – dziewczyna przedefilowała wzdłuż oczekujących kłaniając się każdej z nich po kolei, a one uznając to za rzecz normalną, równie grzecznie odpowiadały.

A’propos uprzejmości: Tajowie z jednej strony są uprzejmi dla wszystkich, z drugiej – chyba nie mają specjalnych złudzeń odnośnie manier turystów. Doszedłem do takiego wniosku po wizycie w kafejce internetowej, do której zajrzałem kiedyś w celu rezerwacji biletu.Stanowisko, do którego zmierzałem nie miało krzesła – zabrała je siedząca obok para. Nie chcąc utrudniać im życia, spytałem się faceta z obsługi czy mogę zabrać stojące w przeciwległym rogu ozdobne siedzidło. Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą, przytachałem koromysło do swojego kompa – a po skorzystaniu i uiszczeniu opłaty, grzecznie odniosłem krzesło na miejsce, gdzie stało poprzednio. Spod – jak zwykle maniakalnie uprzejmych – uśmiechów obsługi wyglądało coś na kształt szoku: biały, a zachowuje się jak człowiek. Nie wiem kto ich w tym kraju odwiedza, skoro drobnostki wywołują życzliwą reakcję, ale osobiście podejrzewam brytyjskich turystów.

Cokolwiek chaotyczne te widoczki z podróży, ale taka też była moja wizyta w słoniowym królestwie. Dziwny i fascynujący kraj, pełen trudnych do pojęcia różnic,  z jednej strony obcy, z drugiej – przyjazny. Chciałbym tam jeszcze kiedyś wrócić.

Picture 032