FFWW: Generał Nil

Spod pióra Rudyarda Kiplinga wyszły kiedyś słowa “Ciągle powtarza, i ciągle powtarza, do zmierzchu aż budzą się ćmy: nie podpisujcie pokoju z niedźwiedziem, mimo że chodzi jak my”. I tak naprawdę to mogłaby być jednozdaniowa recenzja powojennych losów generała Emila Fieldorfa, bohatera nowego filmu Ryszarda Bugajskiego.

Wszyscy ludzie jako tako wykształceni wiedzą, kim był “Nil”, a kto nie wie niech się najpierw zawstydzi a potem idzie douczyć (może być wikipedia). Film o tej przemilczanej w III RP postaci ma w sobie coś z historycznego bryka, ale to jest obraz dla szerokiej widowni – więc jakieś tam wprowadzenie chyba jest konieczne w czasach, gdy coraz więcej młodzieży szkolnej nie odróżnia powstania w getcie od operacji “Burza”.

Fieldorf w interpretacji Olgierda Łukaszewicza to przede wszystkim twardy facet, żyjący według sztywnych zasad honoru i patriotyzmu. Serdeczny dla podległych jego komendzie młodych żołnierzy, ale jasno dający do zrozumienia kto dowodzi Kedywem. Odważny, opanowany (znakomita scena przypadkowego aresztowania, po którym “Nil” zaliczył turystykę na wschód na koszt państwa ludowego) – a równocześnie racjonalista. W czasie okupacji walczył z Niemcami i Sowietami ale jasno rozumiał, że przehandlowanej w Jałcie Polski nikt bronić nie będzie, więc zbrojny opór przeciw ludowej władzy to samobójstwo. Na kolaborację nie pozwala mu honor i świadomość tego, co stoi za sowieckimi bagnetami – a na próbę rozpętania kolejnego powstania inteligencja. On chce tylko, żeby zostawiono go w spokoju: przecież legalnie się ujawnił, więc obejmuje go amnestia, prawda?

I jak pokazuje druga połowa filmu, nieprawda. Generał Fieldorf to w tym filmie człowiek, którego wykończyły jego własne zasady. Co w sumie nie dziwi: w zderzeniu z rządami ubeckiej dziczy wspieranej przez brutalną siłę, takie archaizmy jak “słowo honoru” po prostu muszą przegrać. Nie rozumieją tego otaczający go ludzie: żona i córki, towarzysze broni z konspiracji czy młody łącznik, któremu “Nil” każe iść na studia a nie próbować kontynuacji oporu (której to rady młody nie posłucha – z nietrudnymi do przewidzenia skutkami). W konwencji postmodernistycznej, bohater grany przez Łukaszewicza mógłby na natarczywe “dlaczego” odpowiedzieć “w imię zasad” – tych zasad, którymi nikt już się wokół nie przejmuje.

“Generał Nil” jest filmem skoncentrowanym na głównym bohaterze – jego działaniach, motywach, rozterkach. Ale rozgrywający się przed naszymi oczami dramat nie opiera się tylko na znakomitym aktorstwie Łukaszewicza. Świetnie zagrane kobiety z rodziny Fieldorfów, koledzy z dowództwa Kedywu, skład sędziowski skazujący generała na śmierć, przewerbowany akowiec współtworzący V komendę WiN… Można by tak długo wymieniać, ale dwie role zasługują na specjalne uznanie i osobną wzmiankę.

Galeria oprychów jest dość bogata, ale żaden z nich nie budzi takiego przerażenia jak Józef Różański, zagrany porażająco przez Jacka Rozenka. Jego przełożony Radkiewicz to w filmie prymitywny bandyta, Bierut to tępy figurant z gębą pełną frazesów, których nie rozumie (tym bardziej przeraża jak wielką ma władzę) – a Różański jako jedyny zdaje się rozumieć, jak wygląda sytuacja. Z jednej strony, sprzedał już duszę diabłu popierając bandycką władzę przyniesioną ze Wschodu – więc na każdym kroku robi co może, aby wykazać swoją lojalność i przydatność dla nowych panów.

Z drugiej – wódka nie zabiła w nim jeszcze inteligencji czy resztek sumienia. Podczas balu z partyjną wierchuszką, Radkiewicz proponuje by “tego Fieldorfa, wiecie, tak tego” wykonując przy tym jednoznaczny gest. Podpity już Różański oponuje, mówiąc że to jest generał Kedywu, którego “niestety nie można tak tego”… Po czym spokojnie i na zimno wykłada plan zrobienia z Fieldorfa niemieckiego szpiega, który próbował obalić władzę ludową poprzez mordowanie radzieckich żołnierzy na Kresach.

Dramat takich ludzi jak “Nil” w sytuacji powojennej Polski jest podsumowany zwięźle w scenie z żołnierzem WiN przesłuchiwanym osobiście przez Różańskiego: młody chłopak, wypytywany przez oprawcę o generała Fieldorfa, mówi o nim per “bohater” – na co pułkownik zimno odpowiada, że teraz mamy pokój i nową Polskę, w której bohaterowie już nie są potrzebni. Im bardziej byli bohaterami, tym bardziej są teraz niepotrzebni. W starciu z tak otwarcie zdeklarowanym złem nie da się negocjować, apelować do rozsądku – dopuszczenie, że tamta strona też ma swoje racje, po prostu automatycznie robi z człowieka wspólnika. Dobrze o tym pamiętać, gdy rozparty w warszawskim sądzie Czesław Kiszczak opowiada, że nikt nie ma prawa odmawiać mu patriotyzmu.

I jest jeszcze króciutki epizod Macieja Kozłowskiego, jako akowskiego sapera ściągniętego na przesłuchanie. Wchodzi do piwnicy jeszcze hardy, odmawiający zeznań – a potem szamotanina z oprawcami i straszny wrzask katowanego człowieka. Następne ujęcie jest już na sali sądowej – saper ma potwierdzić swoje “zeznanie” podpisane w śledztwie. Ale słaby, cienki głos brzmi jakoś dziwnie. Słowa też nie mają za wiele sensu – powtarza w kółko te same zdania, niezbyt związane z pytaniami zadawanymi przez adwokata (któremu sąd ciągle przerywa). I stuka palcami w podest, na którym stoi… A potem kamera zjeżdża na prawą dłoń, na której nie ma czterech paznokci. I wraca na twarz, składającą się głównie z sińców.

Złamał się w śledztwie? Tak. Ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto powie z całą pewnością: ja bym wytrzymał. Ten epizod wwierca się w pamięć i wraca za każdym razem, gdy słyszymy o kończeniu rozliczeń i patrzeniu w przyszłość. Bo ci, którzy w aresztach odbijali pięty, wyrywali paznokcie i sadzali ludzi na odwróconych taboretach, śmieją się wszystkim w nos – zdrowi, dziarscy staruszkowie z wojskowymi emeryturami.

Trochę się rozpisałem, ale nic nie poradzę na to, że mam do tematu stosunek emocjonalny. Więc może krótko: ten film nie jest aktem oskarżenia w sądzie, więc nie ma tu wyliczenia nazwisk, dat i miejsc (niektórzy mieli pretensję o fakt, że nie wymieniono z nazwiska “sędziny” Wolińskiej). Nie jest głupawą sensacją w stylu “Walkirii” ani duposzczypatielnym gniotem w typie “Oporu”. Nie jest czarno – białą kliszą, bo powojenna polska rzeczywistość miała – poza ekstremami – dość rozległą szarą strefę.

A czym jest? Bardzo dobrym widowiskiem, ze świetnymi dialogami i grą aktorów. Lekcją historii dla tych, którym do tej pory powtarzano by “wybrali przyszłość” (w sali “Kinoteki”, gdzie oglądałem premierowy seans, siedzieli ludzie od lat szesnastu do prawie stu szesnastu). Dowodem, że polskie kino potrafi o sprawach ważnych mówić w sposób normalny – bez bogoojczyźnianego zadęcia, ale i bez demolowania symboli. I przede wszystkim – spóźnioną salwą honorową dla wielkiego człowieka, który zapłacił najwyższą cenę za miłość do “tego kraju”.

Jak ktoś zacznie znowu szydzić mówiąć że nie ma bohaterów, nie wierzcie mu.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: