Archive for May, 2009

FFWW: Generał Nil

May 16, 2009

Spod pióra Rudyarda Kiplinga wyszły kiedyś słowa “Ciągle powtarza, i ciągle powtarza, do zmierzchu aż budzą się ćmy: nie podpisujcie pokoju z niedźwiedziem, mimo że chodzi jak my”. I tak naprawdę to mogłaby być jednozdaniowa recenzja powojennych losów generała Emila Fieldorfa, bohatera nowego filmu Ryszarda Bugajskiego.

Wszyscy ludzie jako tako wykształceni wiedzą, kim był “Nil”, a kto nie wie niech się najpierw zawstydzi a potem idzie douczyć (może być wikipedia). Film o tej przemilczanej w III RP postaci ma w sobie coś z historycznego bryka, ale to jest obraz dla szerokiej widowni – więc jakieś tam wprowadzenie chyba jest konieczne w czasach, gdy coraz więcej młodzieży szkolnej nie odróżnia powstania w getcie od operacji “Burza”.

Fieldorf w interpretacji Olgierda Łukaszewicza to przede wszystkim twardy facet, żyjący według sztywnych zasad honoru i patriotyzmu. Serdeczny dla podległych jego komendzie młodych żołnierzy, ale jasno dający do zrozumienia kto dowodzi Kedywem. Odważny, opanowany (znakomita scena przypadkowego aresztowania, po którym “Nil” zaliczył turystykę na wschód na koszt państwa ludowego) – a równocześnie racjonalista. W czasie okupacji walczył z Niemcami i Sowietami ale jasno rozumiał, że przehandlowanej w Jałcie Polski nikt bronić nie będzie, więc zbrojny opór przeciw ludowej władzy to samobójstwo. Na kolaborację nie pozwala mu honor i świadomość tego, co stoi za sowieckimi bagnetami – a na próbę rozpętania kolejnego powstania inteligencja. On chce tylko, żeby zostawiono go w spokoju: przecież legalnie się ujawnił, więc obejmuje go amnestia, prawda?

I jak pokazuje druga połowa filmu, nieprawda. Generał Fieldorf to w tym filmie człowiek, którego wykończyły jego własne zasady. Co w sumie nie dziwi: w zderzeniu z rządami ubeckiej dziczy wspieranej przez brutalną siłę, takie archaizmy jak “słowo honoru” po prostu muszą przegrać. Nie rozumieją tego otaczający go ludzie: żona i córki, towarzysze broni z konspiracji czy młody łącznik, któremu “Nil” każe iść na studia a nie próbować kontynuacji oporu (której to rady młody nie posłucha – z nietrudnymi do przewidzenia skutkami). W konwencji postmodernistycznej, bohater grany przez Łukaszewicza mógłby na natarczywe “dlaczego” odpowiedzieć “w imię zasad” – tych zasad, którymi nikt już się wokół nie przejmuje.

“Generał Nil” jest filmem skoncentrowanym na głównym bohaterze – jego działaniach, motywach, rozterkach. Ale rozgrywający się przed naszymi oczami dramat nie opiera się tylko na znakomitym aktorstwie Łukaszewicza. Świetnie zagrane kobiety z rodziny Fieldorfów, koledzy z dowództwa Kedywu, skład sędziowski skazujący generała na śmierć, przewerbowany akowiec współtworzący V komendę WiN… Można by tak długo wymieniać, ale dwie role zasługują na specjalne uznanie i osobną wzmiankę.

Galeria oprychów jest dość bogata, ale żaden z nich nie budzi takiego przerażenia jak Józef Różański, zagrany porażająco przez Jacka Rozenka. Jego przełożony Radkiewicz to w filmie prymitywny bandyta, Bierut to tępy figurant z gębą pełną frazesów, których nie rozumie (tym bardziej przeraża jak wielką ma władzę) – a Różański jako jedyny zdaje się rozumieć, jak wygląda sytuacja. Z jednej strony, sprzedał już duszę diabłu popierając bandycką władzę przyniesioną ze Wschodu – więc na każdym kroku robi co może, aby wykazać swoją lojalność i przydatność dla nowych panów.

Z drugiej – wódka nie zabiła w nim jeszcze inteligencji czy resztek sumienia. Podczas balu z partyjną wierchuszką, Radkiewicz proponuje by “tego Fieldorfa, wiecie, tak tego” wykonując przy tym jednoznaczny gest. Podpity już Różański oponuje, mówiąc że to jest generał Kedywu, którego “niestety nie można tak tego”… Po czym spokojnie i na zimno wykłada plan zrobienia z Fieldorfa niemieckiego szpiega, który próbował obalić władzę ludową poprzez mordowanie radzieckich żołnierzy na Kresach.

Dramat takich ludzi jak “Nil” w sytuacji powojennej Polski jest podsumowany zwięźle w scenie z żołnierzem WiN przesłuchiwanym osobiście przez Różańskiego: młody chłopak, wypytywany przez oprawcę o generała Fieldorfa, mówi o nim per “bohater” – na co pułkownik zimno odpowiada, że teraz mamy pokój i nową Polskę, w której bohaterowie już nie są potrzebni. Im bardziej byli bohaterami, tym bardziej są teraz niepotrzebni. W starciu z tak otwarcie zdeklarowanym złem nie da się negocjować, apelować do rozsądku – dopuszczenie, że tamta strona też ma swoje racje, po prostu automatycznie robi z człowieka wspólnika. Dobrze o tym pamiętać, gdy rozparty w warszawskim sądzie Czesław Kiszczak opowiada, że nikt nie ma prawa odmawiać mu patriotyzmu.

I jest jeszcze króciutki epizod Macieja Kozłowskiego, jako akowskiego sapera ściągniętego na przesłuchanie. Wchodzi do piwnicy jeszcze hardy, odmawiający zeznań – a potem szamotanina z oprawcami i straszny wrzask katowanego człowieka. Następne ujęcie jest już na sali sądowej – saper ma potwierdzić swoje “zeznanie” podpisane w śledztwie. Ale słaby, cienki głos brzmi jakoś dziwnie. Słowa też nie mają za wiele sensu – powtarza w kółko te same zdania, niezbyt związane z pytaniami zadawanymi przez adwokata (któremu sąd ciągle przerywa). I stuka palcami w podest, na którym stoi… A potem kamera zjeżdża na prawą dłoń, na której nie ma czterech paznokci. I wraca na twarz, składającą się głównie z sińców.

Złamał się w śledztwie? Tak. Ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto powie z całą pewnością: ja bym wytrzymał. Ten epizod wwierca się w pamięć i wraca za każdym razem, gdy słyszymy o kończeniu rozliczeń i patrzeniu w przyszłość. Bo ci, którzy w aresztach odbijali pięty, wyrywali paznokcie i sadzali ludzi na odwróconych taboretach, śmieją się wszystkim w nos – zdrowi, dziarscy staruszkowie z wojskowymi emeryturami.

Trochę się rozpisałem, ale nic nie poradzę na to, że mam do tematu stosunek emocjonalny. Więc może krótko: ten film nie jest aktem oskarżenia w sądzie, więc nie ma tu wyliczenia nazwisk, dat i miejsc (niektórzy mieli pretensję o fakt, że nie wymieniono z nazwiska “sędziny” Wolińskiej). Nie jest głupawą sensacją w stylu “Walkirii” ani duposzczypatielnym gniotem w typie “Oporu”. Nie jest czarno – białą kliszą, bo powojenna polska rzeczywistość miała – poza ekstremami – dość rozległą szarą strefę.

A czym jest? Bardzo dobrym widowiskiem, ze świetnymi dialogami i grą aktorów. Lekcją historii dla tych, którym do tej pory powtarzano by “wybrali przyszłość” (w sali “Kinoteki”, gdzie oglądałem premierowy seans, siedzieli ludzie od lat szesnastu do prawie stu szesnastu). Dowodem, że polskie kino potrafi o sprawach ważnych mówić w sposób normalny – bez bogoojczyźnianego zadęcia, ale i bez demolowania symboli. I przede wszystkim – spóźnioną salwą honorową dla wielkiego człowieka, który zapłacił najwyższą cenę za miłość do “tego kraju”.

Jak ktoś zacznie znowu szydzić mówiąć że nie ma bohaterów, nie wierzcie mu.

Advertisements

Pesymistycznie i bez tytułu

May 5, 2009

Wybrałem się w poprzedni weekend na urodziny brata, więc trochę zaniedbałem sobotnią prasówkę – i dlatego umknął mi wywiad Adama Michnika. A szkoda, bo lektura jest dość ciekawa:

http://wyborcza.pl/1,88975,6537354,Michnik_o_archiwach_SB__Nie_ma_wyjscia__wszystkie.html?as=1&ias=2

Paru rzeczy bym się spodziewał po wywiadzie, który z Adamem Michnikiem przeprowadza – jak zwykle na kolanach – Piotr Najsztub, ale przy tym zdaniu:

Dżin z butelki został wypuszczony już dawno, zatruwa polskie życie i nie widzę sposobu, żeby go z powrotem do butelki zamknąć. To się prawdopodobnie skończy tym, co mi się w sumie wydaje najrozsądniejsze: zobowiązać IPN, żeby wszystkie papiery pokazać w Internecie.A to towarzystwo rozgonić na cztery wiatry.

autentycznie wybałuszyłem oczy i przeczytałem akapit po raz drugi żeby upewnić się, że nie mam halucynacji. Uparte literki dalej tkwiły na swoich miejscach, więc wychodzi na to, że – oprócz apelu o wywalenie IPN – Michnik rzeczywiście chce otwarcia teczek. Co się dzieje?

Pierwszą myśl – wreszcie do niego dotarło, że nie da się w nieskończoność zamiatać przeszłości pod dywan – odrzuciłem po namyśle, i to niezbyt długim. Adam Michnik jest człowiekiem wyjątkowo inteligentnym, więc jeśli miał to rozumieć, to od dawna – ale niestety ma też skłonność do zasklepiania się w nieaktualnych diagnozach (co zbliża go, paradoksalnie, do postawy Kaczyńskiego)… I co, dwadzieścia lat protestował przeciwko ujawnianiu archiwów – a tu na Wielkanoc A.D. 2009 nagle zmienił zdanie? Ujrzał światło rozumu?

Bujać to my, panowie szlachta (jak pisał Tuwim) – jeśli człowiek reprezentujący środowisko obrońców III RP zaczyna głosić poglądy w stylu Wildsteina, to ma w tym jakiś cel i nie chodzi tu bynajmniej o dojście do prawdy. Dobrym przykładem jest tu afera Rywina – przecież naczelny GW ujawnił temat dopiero gdy stało się jasne, że z umowy z rządem SLD nic nie wyjdzie (pół roku na “śledztwo dziennikarskie”? Mazurek z Zalewskim dali we “Wprost” notkę o sprawie parę miesięcy wcześniej – tyle samo treści, a krótszą i napisaną lepszym językiem).

No i wygląda na to, że doczekałem się wyjaśnienia nagłej wolty. Jeszcze do niedawna oficjalna wersja głosiła, że nasz idol Lech Wałęsa obalił komunizm, Kuroń tylko rozmawiał z pułkownikiem Lesiakiem, a ludzie pytający o ubeckie sterowanie przemian to paranoicy, którzy chcą odebrać “Solidarności” historyczne zwycięstwo. W międzyczasie Wielki Elektryk się zbiesił, bez żenady użyczając “symbolu” kongresowi “Libertas”, a potem zapodał w “Kropce nad i”:

“Proszę Panią ja kierowałem walką i o takim Czarneckim nigdy nie słyszałem, wobec tego co widzę z jego życiorysu, nie podał życiorys wcześniejszy bo jest mniej ciekawy. Podał od 86 roku, a walka zakończyła się właściwie w 82 najpóźniej”

Pies tańcował z Richardem Francisem,ale informacja o końcu walki jest dość interesująca. Jakby ktoś miał ochotę się zdołować, niech sobie zrobi “cross-reference” informacji, że w 1982 było po wszystkim z jednym dokumentem: raportem komisji Rokity, dotyczącym zgonów z rąk “nieznanych sprawców”. Wychodzi, że (ograniczając się do duchownych) księża Popiełuszko, Suchowolec czy Niedzielak – ot tak, właściwie dostali w łeb za wichrzycielstwo. Sprawcy tych morderstw są dalej bezkarni, a przecież władza już się wtedy dogadała z opozycją, więc o co ta awantura?

Mało? To może jeszcze głos “człowieka honoru” przed sądem:

http://www.wprost.pl/ar/159830/Kiszczak-sojusznicy-oczekiwali-zaostrzenia-polityki/

No i tutaj to już kwiatek goni perełkę, bon motem poganiając.

W 1989 r. “Solidarność” niczego nie wywalczyła; to my dopuściliśmy ją do władzy – z jednej strony, ciekaw byłbym jak zostanie to wytłumaczone lemingom (Kiszczak zostanie nagle kłamcą i mordercą?), z drugiej – nie takie numery już przechodziły. W końcu Wałęsę salon nie raz windował na piedestał, by potem z hukiem zrzucić – skoro działało do tej pory, czemu nie teraz?

Nikt nie ma prawa pozbawiać nas prawa do patriotyzmu – prawda, jak pięknie? Funkcjonariusze Informacji Wojskowej po prostu mieli inną wizję Polski, i starali się ją wcielać w życie najlepiej jak umieli. A że czasem trzeba było kogoś zakopać pod płotem albo zrobić manikiur obcęgami? To wypaczenia były, tak naprawdę chcieliśmy jak najlepiej. Tylko wyszło jak zwykle. Co do ludzi, których nowa władza uznała za wrogów ludu – “żadnemu z nich nie stała się krzywda“.

Miała być zgrabna pointa na koniec, ale gdzieś po drodze wątek mi się rozjechał. Może to i dobrze? Nadzieje na rozpad zjednoczonego frontu obrońców Przekrętu Założycielskiego III RP pojawiały się już parokrotnie, za każdym razem daremne – i to co teraz widzimy, to kolejna walka buldogów pod dywanem. Po co się łudzić? Rynsztok uchodzący za debatę publiczną w Polsce i tak sprowadzi temat do przepychanki PO – PiS, przykryje penisem Palikota albo czymś równie subtelnym.

Leonard Cohen śpiewał kiedyś

Cant run no more
With the lawless crowd
While the killers in high places
Say their prayers out loud
But theyve summoned up
A thundercloud
And theyre going to hear from me

Chciałbym w to wierzyć – ale nie umiem. Jak zwykle w Polsce w takich sprawach, wszystko rozleje się w morzu bylejakości i relatywizmu. Szkoda.

Chwała Bolkowi i jego kolegom!

May 4, 2009

Były prezydent Lech Wałęsa nie jest bohaterem mojej bajki, i to co najmniej z paru powodów. Ale w zeszłym tygodniu autentycznie mi zaimponował, i po raz pierwszy od paru lat pomyślałem: dobrze, że wrócił do polityki. Czemu? Bo przy wszystkich swoich kontrowersyjnych zachowaniach, jest przynajmniej szczery:

http://www.dziennik.pl/polityka/article372109/Walesa_50_tysiecy_euro_od_Libertas_Malo.html

W pierwszej chwili trochę mi ciśnienie skoczyło:

“Pan musi rok pracować na to, co ja zarobię za jeden wykład. Co za głupie pytanie. Ja mam pensji trzy tysiące złotych.”

albo

“Jeszcze raz powtarzam. Ja mam około 3 tysięcy na rękę pensji prezydenckiej. Płacę dziesięć razy więcej podatków niż dostaję w Polsce. O co wam chodzi? Biorę od tych, co mają“.

Stara dobra zasada nakazuje nie kopać leżącego, więc nie będę się pastwił nad logicznymi sprzecznościami w wypowiedzi naszego narodowego skarbu / symbolu / ikony (niepotrzebne skreślić). Oczywiście można by się zastanawiać, czemu dziennikarz nie spytał Wałęsy co konkretnie dostaje poza Polską – ale primo, jest gołodupcem zarabiającym przez rok tyle co Wałęsa za jeden wykład (więc gdzie się pchasz chamski ryju na finansowy Olimp), secundo – na chwilę obecną Wałęsa jest nadal pod ochroną, a pismak chce dalej pracować.

A potem chwilę się zastanowiłem: o co ja się właściwie ciskam? Że Wałęsa otwartym tekstem mówi, że to wszystko dla pieniędzy? Nasza ikona “Solidarności” powiedziała kiedyś, że nie jest przecież kasjerką z supermarketu, żeby pracować za ochłapy – a że wielbiciele woleli ten cytat przemilczeć, to już ich prywatny problem. Kiepsko zarabiającymi gardzą w polskiej polityce wszyscy (a najbardziej ich etatowi obrońcy), przypominając sobie o nich tylko podczas kampanii wyborczej Skądinąd jest to logiczne – gdyby obrońcy ludu skutecznie zatroszc zyli się o interesy tegoż ludu, to ludowi by się poprawiło i w następnych wyborach nie byłoby elektoratu do kupienia wyborczą kiełbasą. Lech Wałęsa na żaden urząd nie kandyduje, więc bawić się w politpoprawność nie musi.

A że bierze od tych co mają? Znowu, brawa należą się gdańskiemu elektrykowi za szczerość. Mieliśmy już biesiadującego z rosyjskim szpiegiem premiera, szkolonych w Moskwie oficerów WSI, doradców polskiego rządu biorących pieniądze od Fundacji Adenauera (finansowanej przez rząd Bundesrepubliki), szemrane interesy za wschodnią granicą w wykonaniu chyba wszystkich kolejnych ekip… I za każdym razem odbywał się festiwal dementi, zaprzeczeń, odcinania się  i samokrytyki. A Wałęsa przynajmniej jest szczery i jasno podaje dolne oszacowanie swojej stawki (50 tysięcy to “tanio”).

Tak na marginesie, żal mi trochę Jacka Żakowskieg0, który darł szaty z powodu przejścia Wałęsy na stronę Moskwy (jak na środowisko broniące czerwonych, dziwnie często używa się takiego argumentu jako obelgi) – nieszczęsny żurnalista chyba uwierzył we własną propagandę: Kaczory to główne zło, trzeba ich ideowo zniszczyć, wszystkie ręce na pokład, tu nie chodzi o biznes tylko o obronę demokracji, w dodatku wspiera nas swoim autorytetem Lech Wałęsa… Cóż, nie pierwszy to człowiek zawiedziony na Wałęsie, i pewnie nie ostatni – na pocieszenie można panu Jackowi powiedzieć, że jest w niezłym towarzystwie: Mazowiecki, Geremek, Michnik, Gwiazdowie, Kaczyński (no, ten ostatni to może  niekoniecznie go ucieszy, ale życie chłoszcze)…

A najzabawniejsze, że pionierem takiego podejścia do życia publicznego (w sensie szczerości) był pewien członek,  “pracujący” w Krajowej Radzie Tego i Owego – Adam Halber, który napisał upublicznionego sms-a:Precz z siepactwem. Chwała nam i naszym kolegom. Chuje precz!

I za co się go tak ludzie czepiają? Nieprawdę pisał? Prawda to jednak, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju…