Archive for April, 2009

Moralność pragmatyczna

April 29, 2009

Jak ja kocham krainę wiatraków… Nie ma na tym świecie normalnych krajów, są tylko nie do końca zbadane, i Holandia nie jest tu żadnym wyjątekiem. Oryginalny wkład Holendrów do światowej kultury to koncepcja “gedoog” – ciężko to słowo zgrabnie przetłumaczyć, chodzi o rzeczy nielegalne, ale tolerowane. Hodowla marihuany jest w Holandii nielegalna, ale już sprzedaż w coffee shopie tudzież upalenie się tamże – jak najbardziej. A skąd szef interesu wziął zawartość jointów? Nie wtrącamy się.

Podobnie prostytucja – czerpanie korzyści z cudzego nierządu jest zakazane, ale z własnego – bynajmniej. I choć wszystkie fakty temu przeczą (zaczynając od faktu, że na “red light district” panienki stoją poustawiane w witrynach jak połcie szynki w mięsnym), policja traktuje to jakby wszystkie stały tam z własnej nieprzymuszonej woli, a czynsz za budynek płaciły, bo ja wiem… Założywszy spółdzielnię usługową?

Nie inaczej jest w kontekście gejów… Homoseksualizm jest legalny i nikt się specjalnie nie czepia, natomiast publiczne amory są tolerowane tak jak u hetero: póki nie wychodzą poza pewne granice (co oczywiście jest bardzo umowne i trudne do precyzyjnego ujęcia w ramy prawne, ale tak intuicyjnie wszyscy chyba mniej więcej wiedzą o co chodzi). Tak się jednak składa, że homosie holenderscy – może inni też, ja słyszałem o tutejszych – mają zwyczaj wyruszać na tzw “cruising“. Po ludzku mówiąc, mają określone miejsca w obrębie miasta, gdzie można przyjść i spotkać się z kimś nieznajomym. Cel? Luźny seks bez zobowiązań.

Niestety część obywateli tego pięknego kraju demonstruje koszmarne zacofanie: nie podobają im się takie praktyki – idą z dzieckiem, psem czy matką staruszką,  a tu na trawniku pan tuli pana (i nie tylko tuli). Co robić? Radni Slotervaart (dzielnica uogólnionego Amsterdamu – coś jak Łomianki względem Warszawy) wpadli na salomonowe iście rozwiązanie: z jednej strony nie bardzo można zignorować protestujących wrogów tolerancji i inną ciemnotę, z drugiej – inwazja na alternatywny styl życia homosiów grozi oskarżeniami o homofobię (a z rozzłoszczonym ciepłym braciszkiem nie ma żartów – jak dowodzi choćby zadyma wokół wyboru Miss USA).  Wobec tego w parku staną ostrzeżenia opisujące kipiącą w pewnych miejscach namiętność.

Prawda, że piękne? Zamiast robić to, do czego są powołane (egzekwować przestrzeganie prawa), władze miejskie po prostu ostrzegają obywateli o problemie. To nic, że nie mogący powstrzymać chuci homosie to mniejszość – teraz to oni dyktują reguły a reszta może się dostosować albo spadać na bambus, ryzykując po drodze oskarżenie o “hate speech”. Nie wystarczą im parady, małżeństwa i jakie tam jeszcze przywileje przysługują im w tym kraju. Tak właśnie wygląda następny etap tolerancji, której domagają się gejowscy aktywiści.

I tylko jedno mnie ciekawi – co się stanie następnym razem, gdy któryś z mieszkających w okolicy muzułmanów postanowi wyrazić swój sprzeciw w sposób czynny? W przeciwieństwie do tutejszych postępowców czy (niedobitków) chrześcijan, wyznawcy Proroka niespecjalnie przejmują się polityczną poprawnością i jej pochodnymi. I jeśli Mustafa przyłoży w zęby spotkanemu gejowi – bo właśnie wyszedł ze swoją matką na spacer i zastał duet homosiów in flagranti – co zrobi holenderski sąd, mając wybór między oskarżeniami o homofobię i rasizm?

Ciężko, oj ciężko być wyznawcą postępu.

Advertisements

Świt żywych trupów

April 6, 2009

Wszyscy artyści to prostytutki, śpiewał kiedyś Kazik – i jak popatrzeć na ostatnie półwiecze w Polsce, jest coś na rzeczy. Piewcy Stalina z lat pięćdziesiątych przeobrazili się, po samokrytyce, w krytyków marksizmu i filozofów (ale bez przesady – krytyka marksizmu oczywiście tak, ale np. towarzysz Kołakowski długie lata przyjaźnił się z towarzyszką Wolińską; cóż, jak mawiają klasycy, kto się k.. urodził, kanarkiem nie umrze). W III RP niespecjalnie się z nimi liczono, poza krótkim okresem walki z potwornym teokratycznym zagrożeniem reprezentowanym przez Kościół Katolicki…

Dosłownie z nieba spadły leśnym dziadkom i babkom Kaczory: znów można było, jak za młodych ZMPowskich lat, krzyczeć w dziarskim pochodzie maszerując noga w nogę! Dorzynamy watahę! Kto nie z nami, ten przeciw nam, a w walce z potwornym kaczystowskim zagrożeniem każdy sojusznik jest cenny – i co poniektórzy durnie się na to nabrali, na przykład niejaki Farfał:

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,6469641,Bojkot_Telewizji_Polskiej___artysci_nie_chca__bylego.html

W pewnym momencie “wielki strateg” Kaczyński przystąpił do zakiwania się na śmierć kolejnymi manewrami – i jednym z jego ciekawszych pomysłów było wpuszczenie do telewizji, oprócz “Pontona” Urbańskiego, także troglodytów pokroju Farfała. Potem PiS przestał nawet udawać afekt do przystawek – a że nie ma większej nienawiści niż ta zrodzona z odtrąconego afektu, wszechpolacy zapałali żądzą mordu. Po zmianie rządu idealnie nadawali się do brudnej roboty czyszczenia Woronicza z PiSowskich nominatów – w końcu nie byli z PO i nikt nie mógł zarzucić Platformie skoku na kasę.

Nie jestem specjalnym entuzjastą wszechpolaków, ale tego biednego durnia Farfała jest mi autentycznie żal. Facet chyba faktycznie uwierzył, że jeśli odpowiednio gorliwie będzie wycinał kaczystowskie złogi, jego potworna przeszłość zostanie mu wybaczona… Naiwny! Był tolerowany, bo był użyteczny, a PiS chwilowo przesłonił endeckie demony spędzające sen z powiek politrukom z Czerskiej. Że prawdziwą endecję pomagali wykańczać w ubeckich kazamatach tatusiowie i mamusie co poniektórych redaktorów z GW, a Dmowski patrząc na Koniogłowego to się chyba w grobie przewraca, to osobna kwestia – ale przygłupów stanowiących widownię “Szkła kontaktowego” zawsze można mobilizować takimi hasełkami. No i przecież autorytety…

Tacy, panie dzieju, intelektualiści – już po trzech miesiącach od nominacji kapnęli się, że telewizją rządzi “neofaszysta” (swoją drogą zwrócił ktoś uwagę, że komuniści są zawsze “post”, a faszyści “neo”?). Gdzie byli, kiedy nominowano go na szefa? A, przepraszam – to była mądrość etapu spod znaku “Tusku, musisz”… A teraz stadion dla ITI zasponsorowany, media pod kontrolą, więc autorytety odzyskały wzrok.  No i nie zapominajmy, że część “tfurców” to weterani wielu etapów dziejów, więc i demencja mózgi co poniektórym może zżerać – staremu dewiantowi K., żeby daleko nie szukać… Jakim cudem za wybitnego reżysera robi facet, który ostatni dobry film nakręcił piętnaście lat temu? A od tej pory idzie w konkury z Palikotem w poziomie chamstwa i raczy nas opowieściami, komu robił dobrze i w jakich okolicznościach? No, ale członkowstwo w Partii Miłości zobowiązuje.

Jest też, a jakże, łódzki kardiolog i persona non grata w Izraelu – specjalista od tropienia odwiecznego polskiego antysemityzmu.  Jest bełkoczący od rzeczy ten, który “mówi po polsku, bo myśli po polsku”. O co chodzi Agnieszce Holland, nie wiadomo – ale to akurat w jej przypadku normalne. Melodramatyczna Hartwig, kasandryczny Waglewski… Zresztą większość tych wypowiedzi sprawia wrażenie napisanych z jednego klucza, różni je tylko poziom histerii. Pozytywne wyjątki są dwa – ironicznie zdystansowany Nowicki i Klata, który postuluje wywalenie gmachu na Woronicza w powietrze.

Czemu normalny człowiek może nie próbować myśleć sam, zamiast tego “oddając wolność wyboru w ręce uzurpatorów”, nie rozumiem. Furda fakty, logika – obrotowe autorytety merdające ogonkami przed każdą kolejną władzą i tak są słuchane. Ja wiem, że tak jest być może łatwiej – ale wszystko mi się w środku burzy.

Pora wrócić do lektury Fromma. Ucieczka od wolności trwa w najlepsze.

Ochlokracja cokolwiek selektywna

April 3, 2009

Naprawdę miałem już nie pisać o Lechu Wałęsie – ileż można pastwić się nad człowiekiem, który od wielu lat zachowuje się, jakby pilnie potrzebował pomocy psychiatry? Niestety, chór przyd…, tfu, przybocznych admiratorów byłego prezydenta skutecznie mi to uniemożliwił. I wszystko z powodu książki jednego magistra, który uznał zagadnienie liczebności progenitury Wałęsy za temat wystarczająco ważny, by umieścić go w książce – i związków tegoż magistra z Instytutem Pamięci Narodowej.

Że na IPN regularnie nadają czerwoni, to się nawet specjalnie nie dziwię: w końcu w szeregach SLD ubek na aparatczyku siedzi i kapusiem pogania. W normalnym kraju tacy ludzie już dawno ozdobiliby drzewa wzdłuż Alej Ujazdowskich – dodatkowym pożytkiem byłoby memento dla jadących do pracy urzędników z URM. Ale Polska normalnym krajem nie jest od bardzo dawna, więc taka wizja to marzenie ściętej głowy. Ale że Słońce Peru tak otwartym tekstem demonstruje, skąd mu nogi wyrastają, to jest prawdę powiedziawszy pewne zaskoczenie:

http://wyborcza.pl/1,75478,6459569,Tusk_ma_dosc_Kurtyki.html

Zdaniem pana premiera, IPN zatruwa polskie życie publiczne. I to mówi facet, który do koalicji dobrał sobie chyba najbardziej obrzydliwą zbieraninę pazernych kanciarzy w historii (z krótką przerwą na obecność Samoobrony – ale kudy Lepperowi do takich zawodowców jak Pawlak). Który nie jest w stanie wyegzekwować we własnej partii dyscypliny odnośnie braku powiązań biznes – polityka. Który bez wsparcia medialnej zgrai klakierów, zwanych dla żartu dziennikarzami, nie przetrwałby na stanowisku tygodnia – bazując, jak to ma w zwyczaju, na czystym PR i braku treści. Który serwuje nam takie oto przemyślenia:

“Mamy do czynienia z działaniami uderzającymi w polskie interesy, niszczącymi tę wielką narodową legendę, jaką jest “Solidarność”, zryw sierpniowy i Lech Wałęsa.”

Ciekawe, czy magister historii Tusk nauczył się na studiach rozróżnienia między badaniami naukowymi a wiarą w legendy – Nie wygląda na to. Furda prawo, wolność słowa, autonomia uczelni – rękę podniesioną na sztandary władzy miłości, władza odrąbie! Oczywiście z miłością. Kiedy PO było w opozycji, każda próba zmiany prawa pod doraźne potrzeby wywoływała (i słusznie!) wściekły protest – ale zapomniał wół jak cielęciem był i teraz oczywiście jest to w porządku. Wolność słowa – tak, ale zależy jakiego. Przypomina się stary dowcip o różnicy między konstytucją PRL a USA: ta pierwsza gwarantowała wolność wypowiedzi, ta druga – wolność po wypowiedzi. Co do kontroli zapowiedzianej na UJ – problemy z plagiatami prac, nieusuwalnymi kapusiami na świeczniku czy kasą wyrzucaną w błoto na wydziały typu “gender studies” nie zaczęły się przecież wczoraj. Jednak póki nie dotyczyło to krytyków obecnego rządu, psa z kulawą nogą to nie ochodziło.

Mam takie cyniczne podejrzenie, że mogło po prostu chodzić o utrzymanie w ryzach “intelektualistów” sprzeciwiających się temu, co akurat podały do wierzenia autorytety – gdyby zaczęli burczeć, i na nich by się coś znalazło. A teraz mam uwierzyć, że wszystko jest wspaniale, tylko Migalski z Zyzakiem to jedyne zgniłe jabłka? Bujać to my, panowie szlachta.

Skoro przy szlachcie jesteśmy (i niech ktoś mi powie, że dokonana podczas Rewolucji Francuskiej rzeź szlachty to był zły pomysł), odezwał się Bronisław-hrabia-Jamajka-Komorowski:

“”Wielki szacunek dla Lecha Wałęsy i jego dokonań zobowiązuje do wykonania gestu solidarności. Nie można pozwolić, aby pod pozorem badań naukowych bezpardonowo atakowano i niszczono ideały przeszłości

Skoro przy gestach solidarności – jak tam Pańska solidarność z oficerami Leszkiem T. i Aleksandrem L., panie Marszałku? Nie żebym się czepiał, ale człowiek zaplątany wewłasnych zeznaniach w kontekście służb specjalnych raczej nie powinien się wypowiadać na tematy etyczne. Z drugiej strony, czego ja wymagam od człowieka permanentnie utwierdzanego (wraz z resztą ferajny) w przekonaniu o własnej wielkości przez politruków z Czerskiej?

Że co, że przesadzam? No to proszę zajrzeć do tego wywiadu:

http://wyborcza.pl/1,75478,6459578,Dudek__Odradzalbym_prezesowi_Kurtyce_wypowiedz_o_Kwasniewskim.html

Wypowiedzi Dudka dość wyważone, logicznie spójne – ale w kontakcie z panią Kublik jest to ewidentne rzucanie pereł przed wieprze. Pierwsze trzy pytania wraz z odpowiedziami to tak klasyczny wywiad pod tezę, że niesmak estetyczny może człowieka ogarnąć od samego czytania. Ostatni raz widziałem coś takiego u Pospieszalskiego, kiedy prawie linczował Senyszyn – nie znoszę babska, ale nawet ona nie zasługuje na takie traktowanie. Chyba że chcemy zjechać do standardów jej środowiska…

Według wikipedii, ochlokracja to “zwyrodniała forma demokracji, w której władza jest sprawowana bez żadnych struktur i zasad prawnych, bezpośrednio przez niezorganizowany i ulegający zmiennym emocjom tłum“. Jak  zwykle w naszym pięknym kraju, także i tu musiała wystąpić lokalna mutacja: tłum obywateli ma zasadniczo prawo grzecznie płacić podatki i kochać władzę –  albo wyjechać. Natomiast tłum pasożytów zasiadających na rozmaitej maści szczeblach władzy? O, to zupełnie inna historia. Szczęściarz producent gorzały, którego kampanię finansowali studenci wpłatami liczonymi w tysiącach – a potem, przypadkiem, znaleźli pracę w kontrolowanych przez Partię Miłości urzędach. Chory na wściekliznę mózgu entomolog, którego postawa wobec byłej narzeczonej nie zasługuje na cenzuralny komentarz. Żółtowłosa kluska, która zmienia poglądy dwa razy na godzinę i ocenia treść książki nie dotknąwszy jej palcem. Chory na goleń prawą pornogrubas, który nie był oczywiście ani agentem ani aparatczykiem, za to w rzadkich przebłyskach trzeźwości oskarża innych o komunistyczne praktyki… To nawet byłoby śmieszne, gdyby nie istnienie biskupów używających słowa “inkwizycja” jako obelgi.

To wszystko są ludzie, którzy w dzisiejszej Polsce decydują o tym, jaka jest obowiązująca wersja historii. Życiorysy wielu rodzin z czerwonego świecznika zaczynają się w okolicach wczesnego Gomułki – a przedtem nic, po prostu niepokalane poczęcie albo creatio ex nihilo… Wygląda na to, że w przypadku Wałęsy mamy do czynienia z twórczym rozwinięciem tej praktyki na sposób dwojaki: udział w strajku czy internowanie mają być dożywotnim mandatem uprawniajacym go do wszystkiego, ale jakiekolwiek inne fakty z tego okresu są zakazane.

I jedno mnie tylko zastanawia: przecież rozmaite krytyczne publikacje pod adresem Wałęsy wypływają już od jakiegoś czasu – co powoduje nagłą mobilizację “wszystkich rąk na pokład”? Jeśli jedna książka stanowi takie zagrożenie dla podstaw Kantu Założycielskiego, to może jednak jest jakieś światełko w tunelu.

PS. Liczne zastępy bliźnich opętanym antykaczyzmem, którzy chcieliby jechać w odpowiedzi Radiem Erewań (“a PiS to taki owaki”), autor grzecznie, ale stanowczo uprasza, aby go w dupę pocałowali. Kaczek już nie ma i nawet lemingi mogłyby wreszcie spojrzeć w kalendarz, żeby zauważyć mijający czas.

FFWW: Gran Torino

April 2, 2009

Gdyby Clinta Eastwooda nie było, należałoby go wymyślić.Ten człowiek zaczął swoją przygodę z filmem pół wieku temu od małej roli w “Revenge of the creature” – tandetnego horroru, o którym ktokolwiek pamięta wyłącznie dlatego, że właśnie tam debiutował późniejszy Brudny Harry. Potem został ikoną westernu w dolarowej trylogii, symbolem twardziela z lat siedemdziesiątych, by wreszcie zabłysnąć jako wielki reżyser: “Bez przebaczenia“, “Co się zdarzyło w Madison County” czy “Za wszelką cenę” to obowiązkowe pozycje dla każdego, kto ceni  prawdziwe kino.

A teraz, z ósmym krzyżykiem na karku, Clint postanowił pożegnać się z aktorstwem – ale na szczęście nie z reżyserią. Bohater “Gran Torino” Walt Kowalski to nie jest materiał na idola nastolatek – opryskliwy, zgryźliwy, komunikuje się ze światem przy pomocy warknięć wyrwanych z jego przepełnionego niechęcią do świata wnętrza. Zresztą nawet gdyby był uprzejmy, niewiele by to zmieniło: najczęstszy wyraz jego twarzy to intensywny niesmak.

Walta poznajemy w kościele, podczas pogrzebu jego ukochanej żony .Stoi sztywno przy trumnie, a wzdłuż głównej nawy kolejno podchodzą żałobnicy, wśród których jest także rodzina wyglądająca jak koszmar Gabrieli Zapolskiej: klocowaci synowie, ich tępe żony i hałastra wnucząt, z których jedno klika komórką podczas mszy, a inne przedrzeźnia znak krzyża. Walt nic nie mówi, po prostu wściekły mruży oczy. Podczas stypy młody ksiądz, który zbliżył się do żony Walta podczas jej choroby, próbuje przekonać go do spowiedzi (co było życzeniem zmarłej), ale nasz bohater był nominalnie katolikiem za życia żony – a teraz już nie musi udawać i daje księdzu jasno odczuć, co sądzi o nim i religii.

To już daje jakiś obraz człowieka, prawda? Dodajmy jeszcze fakt, że w młodości Walt odsłużył trzy lata w Korei i mamy faceta, który po długim i pracowitym życiu chce tylko, żeby wszyscy zostawili go wreszcie w spokoju. Nie ma złudzeń, niczego od nikogo nie chce: czy to takie wielkie wymaganie, chcieć sobie siedzieć w spokoju na bujanym fotelu, sączyć piwo i gadać z psem? Jak się okazuje, najwyraźniej tak.

Ta postać idealnie nadaje się na ostatnią rolę Eastwooda – jego Walt Kowalski ma w sobie wściekłość Harry’ego Calahana z “Brudnego Harry’ego“, maskowane cynizmem ciepło Franka Dunna z “Za wszelką cenę“, wewnętrzą dyscyplinę Roberta z “Co się zdarzyło w Madison County“, brzemię obejrzanego na własne oczy horroru wojny jak sierżant Highway z “Przełęczy złamanych serc“… Można by długo wymieniać, ale chodzi o coś innego: nie wydaje mi się, żeby tę rolę mógł zagrać ktokolwiek inny. Wielu aktorów z wiekiem tyje, niedołężnieje, rozmienia się na drobne – a Eastwood jest jak stare drzewo. Tam gdzie inni próchnieją, on kamienieje. Chodzi troszkę wolniej niż kiedyś, ale to jest tak jak z minimalizmem w muzyce Cohena: odpadają wszystkie zbędne ozdobniki, zostają emocje przekazywane spojrzeniem, nieuchwytnym prawie grymasem czy minimalną zmianą tonu głosu.

Podobną uwagę można zresztą odnieść do jego stylu reżyserii. Eastwood jest znany w Hollywood ze swojego oszczędnego podejścia do kręcenia filmów: mieści się w budżecie, kończy zdjęcia o czasie i tak dalej. Ten sam styl jest widoczny w sposobie, w jaki opowiada historię: nie ma pobocznych wątków, dłużyzn, płytkich postaci wepchniętych w celach marketingowych. Tu ważny jest każdy gest, każde ujęcie – kluczowa jest opowiadana historia, a nie gadżety.

Ta konwencja czasem wymaga sporo od widza, bo Eastwood lubi operować zmianami nastroju: przez pierwszą część filmu śledzimy historię czując podskórnie, że coś wisi w powietrzu, ale gęsto przeplatana humorem akcja skupia naszą uwagę. A potem nastrój się zmienia, tak jakby reżyser i scenarzysta mówili nam: skupiliście się? Pośmialiście z żartów? Poczuliście coś do bohaterów? To teraz zostańcie z nami, bo dalej będzie inaczej. W tym miejscu muszę wspomnieć o moim jedynym zastrzeżeniu do “Gran Torino”: o ile pierwsza część rozwija się w spokojnym i logicznym tempie, druga wydaje się trochę zagoniona i gnająca do finału. W “Za wszelką cenę” akcenty były rozłożone bardziej równomiernie.

Dużą rolę w tym filmie odgrywa przypadek. Walt ma raczej płytki sen, więc którejś nocy budzi go hałas na sąsiedniej posesji. Wychodzi ze swoim antycznym karabinem w garści i odstrasza młodocianych gangsterów próbujących mieszkające obok rodzeństwo Hmongów, Sue i Tao. Wraca samochodem z zakupów, i właśnie przy mijanym przez niego skrzyżowaniu grupa wyrostków dobiera się do dziewczyny – więc Kowalski robi z nimi porządek i ratuje dziewczynę z opresji. Choć stawia zaciekły opór, te zdarzenia zbliżają go do jego azjatyckich sąsiadów (na których określenie ma głównie arsenał rasistowskich obelg, których nawet nie próbuję tłumaczyć bo po prostu nie umiem)… Ale i to mogłoby nie wystarczyć, bo gdy Sue próbuje zaprosić go na obiad, Walt woli dalej siedzieć na werandzie sącząc zimny trunek. Ale piwo właśnie się skończyło, więc zrezygnowany idzie na imprezę – i trafia między “żółtków”, którzy w którymś momencie staną się mu bliżsi niż własna rodzina.

Walt jest samotnym, cynicznym i zgorzkniałym facetem, którego nie trawi nawet jego własna rodzina i słusznie lub nie, nasz bohater obwinia się o to. Z jednej strony, jego chłodny sarkazm nie sprzyja bliskości, z drugiej – Kowalski całe życie wymagał od innych tyle co od siebie. Ciężko się dziwić, że spotykało go tyle rozczarowań.

Wspomniałem oszczędny styl opowieści, ale w “Gran Torino” dzieje się sporo – i trójka głównych bohaterów (Walt, Sue i Tao) w finale to już nie są ci sami ludzie, co na początku. Cyniczny Walt odkryje w sobie na nowo uczucia i swobodę płynącą ze zrzucenia ciężaru win. Pyskata “dragon lady” Sue przekona się, że nie zawsze musi wchodzić w konflikt – i że jest na świecie zło, z którym potrafią sobie poradzić tylko ludzie tacy jak “biały diabeł” Kowalski. Zahukany młodziak Tao nauczy się, choć chwilami okrężną drogą, na czym tak naprawdę polega bycie mężczyzną.

I jest jeszcze świetna postać księdza – na początku, według słów Walta, “overeducated 27 year old virgin”. Ale młody duchowny się uczy na własnych błędach – ma świadomość swoich ograniczeń, pokorę ale przede wszystkim prawdziwe powołanie. I wytrwale próbuje przebić się przez skorupę cynizmu, którą Kowalski odgrodził się od świata – a Walt potrafi to docenić, choć na swój niezrównanie specyficzny sposób.

Kowalski ma swojego Forda Gran Torino, hołubi go – i nigdzie nim nie jedzie. Wypieszczony samochód ma mnóstwo wspólnego z bohaterem: Walt też jest z innej epoki, nie pasuje do zmieniającego się świata, utknął w jednym miejscu – ale potrafi być prawdziwym skarbem dla kogoś, kto potrafi to docenić.

Rozpisałem się, co jest w pewnym kontraście z wychwalanym przeze mnie minimalistycznym stylem tego filmu. Ale nic nie poradzę: dawno już nie miałem okazji wyjść z kina z uczuciem obcowania z dziełem sztuki. Jeżeli Clint Eastwood rzeczywiście żegna się rolą Walta Kowalskiego z aktorstwem, to jest to pożegnanie wspaniałe. Niewielu potrafi zejść ze sceny w tak dobrym stylu, u szczytu formy – a jemu się udało.

Jako widz mogę tylko powiedzieć: dziękuję.