Beethoven i homofobia a sprawa polska

Ani chybi sprawa kontrowersyjnej interpretacji więzi rodzinnych w wykonaniu wicepremiera jest poważniejsza niż mogłoby się wydawać – bo w klasycznym manewrze odwracania uwagi, media rozpoczęły nagłaśnianie bełkotu jakiegoś przygłupa z radia, tudzież skupiły się na dwóch panach zza wielkiej wody rozżalonych na Lecha Kaczyńskiego (he, ustawcie się w kolejce chłopaki – chętnych do wyrażenia pretensji pod tym adresem jest trochę więcej).Nie znając więcej detali nie wypowiadam się o numerach z opcjami i konkubinami, bo nie mam ochoty swoich oszczędności, uchronionych jakoś przed kryzysem, wydawać na proces z Waldemarem “A sio” Pawlakiem. Że przesadzam? Paranoicy żyją dłużej…

W każdym razie za oknem świeci słońce, wiosna nabiera rozpędu i można zobaczyć co tam na froncie walki z nowym Holocaustem, czyli homofobią (licentia poetica na bazie wypowiedzi Szymona Niemca – z takim nazwiskiem, twarzą i skłonnościami wypisanymi na niej, nie ma chłopak lekko w życiu). Zaczęło się od tego, że Miłościwie Nam Panujący Kartofel podobno zaprosił kanadyjskich bohaterów spotu z orędzia:

http://www.dziennik.pl/polityka/article342284/Zobacz_prezydencki_list_do_gejow_z_oredzia.html

To znaczy, zaprosił ale nie zaprosił. Taka nieobecność jako wyższa forma obecności, jak mawia Stanisław Michalkiewicz. Nie do końca rozumiem o co ta cała burza, i szczerze mówiąc średnio mnie to obchodzi – prezydent ma prawo zapraszać kogo chce, pod warunkiem ze nie są to przestępcy lub osoby szkodzące Polsce. Jak dla mnie to dwaj Kanadyjczycy nie spełniają żadnego z tych warunków – więc o co chodzi? Przyjechaliby, posłuchali pięknej muzyki, może prezydent wspomniałby że to nic osobistego (fakt, że z orędziem wyszło dość niezręcznie)… Ale trochę dziwny jest fakt, że list wysłano w styczniu a nasze biegłe przebiegłe media bębnią w połowie marca.

Niektórzy ludzie funkcjonują trochę jak pies Pawłowa reagując na pewne bodźce w każdych okolicznościach. Senyszyn wścieka się o Kościół, Niesiołowski o Kaczyńskich, a politycy LPR – o homoseksualistów. Polityczny zombie Mirosław Orzechowski wynurzył się z oparów alkoholu, w których ostatnio prowadził samochód, i postanowił o sobie przypomnieć krytykując Kaczora Mniejszego:

http://www.dziennik.pl/polityka/article343743/Prezydencie_zagraj_z_pederastami_na_lirze.html

Jaka subtelność, wdzięk i kultura … Aż się chce czytać dalej, prawda? Fascynuje mnie sposób, w jaki pan Orzechowski łączy stare z nowym. Z jednej strony, klasyczny język pod adresem homoseksualistów (“pederaści z Ameryki“), okraszony patosem (“Urząd Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej” – cholera, nasz kraj zmienił nazwę a ja nie zauważyłem) – z drugiej nowoczesna polityczna poprawność (“Zwracanie się do pederastów per Panowie w myśl nowych przepisów UE jest zakazane. Sformułowania <Pan> i <Pani> są nielegalne z powodu, że są nazbyt seksistowskie“).

O ile Orzechowski cierpi na umysłowe zaparcie, to jego odpowiednik z drugiej strony debaty zdradza objawy problemów zgoła przeciwnych. Robert Biedroń od dawna zachowuje się jak chodzące uzasadnienie wszystkich obelżywych opinii o gejach, ale tym razem przeszedł sam siebie:

http://www.dziennik.pl/opinie/article342607/Prezydent_zapraszajacy_gejow_to_zenada.html

Co akapit to złota myśl, aż ciężko wybrać najlepszą – ten potok elokwencji wprost przytłacza. Ale jednak spróbuję:

Zaproszenie pary gejów Brendana Faya i Toma Moultonowa na 13. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena przez Kancelarię Prezydenta jest żenujące – szczęka zaczyna lot ku podłodze.

Poza tym powielanie stereotypu głoszącego, że geje interesują się zawsze muzyką poważną, jest zupełnie nie na miejscu – no właściwie to racja. Słyszał kto kiedy, żeby jakiś gej miał coś wspólnego z klasyką? Toż to obelga! Jeśli ktoś preferuje panów, jego obowiązkiem jest sluchanie wyłącznie Village People, Frankie Goes To Hollywood i Culture Club… Ewentualnie, w drodze wyjątku, Placebo. Na pohybel Czajkowskiemu!

Podobnie jak cały list, który zwyczajnie wprowadza czytającego w zakłopotanie. – że pan Biedroń  mógł czegoś nie pojąć, to mnie akurat nie dziwi – jego twarz ujawnia mózg dziewiczy nietknięty rozumem… Ale żeby swoje niedostatki w dziedzinie czytania ze zrozumieniem uogólniać na lud okoliczny?

Polska już nie słynie z kiełbasy i wódki, a z homofobii. – to już antysemityzm spadł z czołówek?Oj, będzie się działo…

Tymczasem przez ten list cały cywilizowany świat będzie się z nas śmiał. Już jest na pierwszych stronach w Polsce. Zainteresował się nim także “The New York Times”. Niedawno śmiano się z naszych protestów wobec Teletubisiów, śmiano się z orędzia, a niebawem pojawi się news, że prezydent RP zaprosił parę gejów na koncert Beethovena. To sytuacja, która wprowadza mnie w zażenowanie.– ktoś tu się ewidentnie inspiruje Bronisławem “Jamajką” Komorowskim. Cały świat, ogarnięty gospodarczym kryzysem, z zapartym tchem czeka na wieści z Polski dotyczące pary gejów z Kanady. Gdy usłyszą, że ten prostak pełniący urząd prezydenta ośmielił się zaprosić gejów na koncert – i to czyj? Beethovena? Poruta jak stąd do wspomnianego przez Biedronia Nowego Jorku.

Wściekłe protesty Biedronia przeciwko przypisywaniu gejom skłonności do muzyki klasycznej przypomniały mi piękną scenę z “Mistrza i Małgorzaty”: Korowiow i Behemot próbują wejść na przysłowiowy krzywy ryj do Gribojedowa, w progu zatrzymuje ich jakaś straszliwa biurwa przydrzwiowa. Na przymilny ton Korowiowa zaczynającego zdanie od “moja ślicznotko”, biurwa odpowiada ze złością “nie jestem ślicznotką!” – co towarzysz Behemota komentuje smutno “szkoda, wielka szkoda”…

I kiedy tak siedziałem lekko podłamany przelewającym się przez media tsunami głupoty wielobarwnej, trafiłem na głos rozsądku. Tomasz Raczek na szczęście przestał się bawić w celebrity i wrócił do dziennikarstwa, czyli swojego prawdziwego powołania. Zawsze ceniłem go za duet z Kałużyńskim (no i za fakt, że był zdecydowanie najlepszym naczelnym polskiej edycji “Playboya”) – i tym razem też mnie nie zawiódł:

http://www.dziennik.pl/opinie/article343217/Raczek_To_Biedron_mysli_stereotypowo.html

Wypowiedź jest tak rozsądna, wyważona i na poziomie, że po prostu nie mam serca jej dzielić na wyrwane z kontekstu kawałki – polecam zajrzenie na stronę i lekturę całego tekstu. Mnie w każdym razie bardzo poprawiła ona nastrój w piątkowe popołudnie. Bardzo się cieszę, że jest ktoś taki jak Tomasz Raczek w polskich mediach. Jego głos w całym zamieszaniu przypomina, na czym polega zapomniana nieco sztuka rozmowy o różnicach bez przekształcania wszystkiego w jarmarczny wrzask. Przywraca znaczenie hasłu “pięknie się różnić”, którego tak wielu cynicznie nadużywa.

Dziękuję, panie Tomaszu.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: