Archive for March, 2009

FFWW: Watchmen

March 30, 2009

Czekałem na ekranizację “Watchmen”, czekałem i wreszcie się doczekałem – ale że akurat miałem lawinę roboty na głowie, udało mi się dotrzeć do kina dopiero trzy tygodnie po premierze. Nie ma tego złego, jak się tak zastanowić – przynajmniej smród popcornu i ćlamkanie jego pożeraczy spadło do wytrzymywalnego poziomu.

O czym jest rzecz? Alternatywne uniwersum, w którym USA wygrały wojnę w Wietnamie, superbohaterowie są częścią codzienności (choć Bogiem a prawdą, rzeczywiście super jest tylko jeden – reszta to zdeterminowani, ale zwykli ludzie z depresją i kryzysem wieku średniego), jest połowa lat osiemdziesiątych i świat stoi na krawędzi wojny atomowej. I w tych pięknych okolicznościach przyrody, jeden z bohaterów zostaje zamordowany.

Początek filmu jest znakomity – w komiksowym oryginale jest mnóstwo wątków pobocznych opisujących co działo się z bohaterami opowieści przed jej rozpoczęciem: dzieciństwo, młodość, początki kariery pogromców zbrodni… Ciężko byłoby to przenieść do filmu, więc twórcy postawili na skrót w formie zbitek obrazów, przeplatanych z napisami czołówki. Oglądamy zrzucenie bomby na Hiroszimę i zabójstwo Kennedy’ego, a w tle Dylan śpiewa „Times they are a changin”.

Potem zaczyna się akcja właściwa: ponura nowojorska noc, zachmurzone niebo rozświetlają tylko neony reklam, a siwiejący, zmęczony Komediant ogląda w pustym mieszkaniu telewizję. Zniesmaczony przerzuca kanały, aż w końcu trafia na reklamówkę z ponętną blondyną przeciągającą się do wtóru „Unforgettable” Nat King Cole’a na leżaku przy basenie. Nasz bohater wyciąga się wygodnie na sofie, na korytarzu słychać kroki – i do mieszkania wchodzi, wywalając kopniakiem drzwi, zabójca.

Komediant nie jest przesadnie zaskoczony, cedzi „Just a matter of time, I suppose” – a potem wywiązuje się krótka, brutalna i świetnie sfilmowana walka zakończona spektakularnym lotem przegranego przez okno. Lot jest długi, pokazany w zwolnionym tempie – a Nat King Cole cały czas śpiewa słodkie frazy swojego wielkiego przeboju.

W ogóle muzyka jest znakomicie dobrana i podkreśla dramaturgię akcji. W scenie ponurego pogrzebu na zalanym deszczem  cmentarzu słyszymy „Sound of silence” Simona i Garfunkela – co tworzy ironiczny kontrast z tym, co wiemy o bohaterze imprezy. Gdy bohaterowie zbliżają się do fortecy swojego wroga i coraz bliżej do finałowej konfrontacji, Jimi Hendrix podkręca napięcie śpiewając o dwóch zbliżających się jeźdźcach w „All along the watchtower” – a gdy już zostajemy sami z (niejednoznacznym) zakończeniem, końcowym napisom wtóruje „Desolation Row” Dylana przerobione na punk rocka przez My Chemical Romance.

Mam słabość do Dylana więc w pierwszej chwili trochę się wzdrygnąłem na takie demolowanie klasyki – ale po parokrotnym przesłuchaniu doszedłem do wniosku, że to jednak pasuje. Klasyczni superbohaterowie byli inteligentni, sumienni, działali z namysłem – do nich pasowałyby wysmakowane frazy oryginału. Ale postacie zaludniające alternatywne uniwersum Moore’a i Gibbonsa to banda świrów, przekręconych i zdeformowanych – i właśnie coś takiego zrobili z muzycznym klasykiem My Chemical Romance.

Popatrzyłem wyżej i widzę, że rozpisałem się o muzyce – a przecież nie samą ścieżką dźwiękową „Watchmen” stoi. Strona wizualna filmu zasługuje na oklaski i to na stojąco. Nowy Jork to ponure miasto – moloch, składające się z luksusowych restauracji wymieszanych z drapaczami chmur i ponurymi zaułkami, gdzie pełzają kreatury gwarantujące, że pogromcy zbrodni zawsze mają pełne ręce roboty. Wietnam to spalone słońcem i napalmem piekło, gdzie ludzie zabijają się na okrągło, choć sami właściwie nie wiedzą po co. Cały ten świat rozpada się po kawałku, i choć twórcy koncetrują się na detalach, nastrój udziela się widzowi – zaczynamy rozumieć i radykałów jak Rorschach, i próbujących spojrzeć na sprawy z dystansu Ozymandiasa czy Manhattana.

Fani komiksu fabułę znają na pamięć, więc nie będę się powtarzał – ale trzeba być przygotowanym na parę niespodzianek zmieniających postrzeganie postaci (cokolwiek jednowymiarowy Komediant, zmarginalizowany zupełnie Hollis Mason, prawie pominięty wątek redakcji  “New Frontiersman“). Pozostałych odsyłam do recenzji komiksu:

http://tekstowisko.com/ania/58764.html

No tak, spyta ktoś, muzyka, sceneria – a co z tytułowymi strażnikami? Jest dobrze, a czasami wręcz bardzo dobrze – odpowiem. Dr Manhattan roztacza niebieskie światło, jego pozbawione źrenic oczy robią naprawdę niesamowite wrażenie – czuć od razu, że ten facet nie jest do końca stąd. Rorschach właściwie nie mówi, tylko charczy zza swojej niesamowitej maski – rzadkie momenty, gdy widzimy jego prawdziwą twarz i normalny głos, nabierają dzięki temu kontrastowi jeszcze większego dramatyzmu. Ozymandias to wymuskany esteta, co idealnie podkreśla jego osobowość skoncentrowaną do zimnego intelektu. Komediant jest idealnie pokazany jako skrzyżowanie zimnego łajdaka z człowiekiem, który zajrzał w otchłań kryjącą się za pozorami naszych rojeń o ludzkiej naturze – i przerażenie wywołane tym widokiem ukrywa (do czasu) za maską sarkastycznego dystansu. No i Silk Spectre… O walorach estetycznych jej obecności na ekranie można by pisać długo, ja powiem tak: ta kobieta ma szanse zagościć na dobre w erotycznych fantazjach chłopców od lat piętnastu do stu piętnastu. Zła wiadomość jest taka, że nie jest ta pani zbyt uzdolniona aktorsko, dobra – że to kompletnie nie przeszkadza.

Long story short, jak mawiają Amerykanie – warto, naprawdę warto. Inteligentna rozrywka, która jest czymś więcej niż kolejną historią o facetach w obcisłych trykotach, a równocześnie zostawia nas z kilkoma pytaniami do przemyśleniami. Bo tak naprawdę dalej nie wiemy: who watches the watchmen?

Advertisements

Oskar Wilde in memoriam

March 30, 2009

Jak to dobrze wiedzieć, że ktoś na górze nad nami czuwa… Wprawdzie w Polsce ta zaszczytna funkcja przypadła Partii Miłości, ale cóż  – każdy ma taką opatrzność na jaką zasługuje. Premieru Tusku radzenie sobie z kryzysem idzie tak jak cała reszta działalności, co bystrzejsze lemingi przestały już kupować zwalanie winy za siedem plag egipskich na straszliwych kaczystowskich rewanżystów – co robić, chciałoby się zapytać wzorem towarzysza Lenina?

Na szczęście jakiś niewydarzony historyk z Krakowa postanowił ułatwić panu premierowi życie wydając książkę mającą z warsztatem historycznym tyle wspólnego, co krzesło elektryczne z poczciwym meblem:

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,6442397,Tusk__Walesa_jest_potrzebny_w_Polsce.html

Czy książka jest dobrze napisana i udokumentowana? Nie czytałem, ale cytowane urywki sprawiają na mnie wrażenie relacji spod magla w stylu “jedna baba drugiej babie”. Zresztą choćby i pełno tam było testów DNA i zeznań położnych, kogo obchodzi ile potomstwa wydał ze swych lędźwi człowiek, który w pojedynkę obalił komunizm? Albo czy wszystkie były od tej samej matki? Mnie średnio, i sądzę że nie jestem w tym osamotniony.

Nad wynurzeniami byłego prezydenta na jego blogu nie będę się pastwił, bo mi się po prostu nie chce – zresztą wyśmiewając człowieka chorego znalazłbym się w jednym szeregu z Niesiołowskim, a na to nie mam ochoty. Smutno się na to patrzy, ale każdy ma prawo przeputać swoją reputację w stosowny sposób i nie można stawać na drodze byłego prezydenta do szczęścia.

Znacznie ciekawsze są natomiast wynurzenia miłościwie nam panującego Słońca Peru – w przeciwieństwie do krakowskiego magistra historii, tudzież byłego prezydenta, szef partii miłości ma pewien wpływ na to jak się sprawy mają w Polsce.

Lech Wałęsa jest potrzebny w Polsce zarówno jako świadectwo tamtych lat, jak i ważny autorytet dla bardzo wielu Polaków”  – ostatnim razem jak sprawdzałem, nie obowiązywała ustawa zaliczająca Lecha W. do panteonu świętych, ale z drugiej strony – mieszkam obecnie poza Polską, więc może coś mi umknęło? “Narodowy skarb“, “bohater narodowej legendy”  – takie określenia dają do myślenia. Zastanawiam się, czy nie powinienem teraz stanąć na baczność? Skoro piszę ten tekst rozwalony wygodnie na krześle, może właśnie uwłaczam czci?

Ja osobiście i moi partnerzy w polityce, teraz i zawsze wspieramy Lecha Wałęsę, wtedy kiedy jest dotkliwie, w sposób bardzo niesprawiedliwy oskarżany, czy kiedy poddaje się w wątpliwość jego biografię” – przepraszam, panie premierze, którą biografię? Taką, w której nie było żadnego “Bolka”? Wersję, gdzie “Bolków” było wielu? Czy może wariant, w którym “Bolek” to kyptonim podsłuchów założonych przez Wyszkowskiego? Można by sprawdzić w teczce, ale ta konkretnie porcja dokumentów zniknęła z gdańskiej delegatury UOP za prezydentury “legendy”, z czym oczywiście “legenda” nie miała nic wspólnego poza podpisem pod formularzem o wydanie dokumentów. Oj, miałem się nie nabijać. Przepraszam.

IPN nie jest po to, żeby chwalić Lecha Wałęsę, nie jest po to, żeby oczerniać Lecha Wałęsę. Jest po to, żeby neutralnie z najlepszą wolą badać źródła historyczne” – łza mi się w oku kręci z tęsknoty za Kieresem, który jeszcze przed rozpoczęciem śledztwa w sprawie Jedwabnego wiedział, że winni są Polacy. To dopiero był wzorzec neutralności i dobrej woli! Wiadomo, skąd czerpali inspirację Michał Cichy, Tomasz Gross czy Mikołaj Lizut… A tu, panie, gnojki się jakieś rozpanoszyły i ośmielają się poddawać biografię podaną do wierzenia negować! Skandal! Gdzie jest Cohn-Bendit? Kapo Schmidt? Tu jest potrzebna rezolucja!

Ci, którzy nadużywają cierpliwości Polaków i pieniędzy publicznych, sami stanowią dla tej instytucji największe zagrożenie. Jeśli to się nie zmieni, to takie zagrożenie może stać się faktem” – pan premier budował napięcie i na koniec dał mu upust. Tusk robi za dobrego glinę, Palikot wzywający do likwidacji IPN pod zarzutem “antypolskości” za złego… Dołożyć do kociołka zawścieczonego Kaczora, wywlekanych do wycierania sobie gęby panią Annę Walentynowicz i państwa Gwiazdów, Gontarczyka i Migalskiego – i mamy pełny obraz kociołka, gdzie psa z kulawą nogą nie obchodzi prawda sprzeczna z mądrością etapu. Spróbuj tylko poddać w wątpliwość podstawy kantu założycielskiego z Magdalenki, to autorytety zaraz przypomną skąd Ci nogi wyrastają.

Wielki Oskar Wilde powiedział kiedyś “nie ma żadnej historii, są tylko historycy“. Jeśli tak mają wyglądać przedstawiciele dyscypliny będącej ponoć nauczycielką życia, to ja wysiadam.

Choć nie jestem detektywem, zawsze znajdę budkę z piwem…

March 28, 2009

… a przynajmniej kogoś, kto mi sprzeda butelkę zimnego (miejmy nadzieję) trunku. Czasami wymaga to odrobiny wysiłku, a wysilanie się nie jest zdrowe. Tak przynajmniej uważają wybrańcy narodu zasiadający w parlamencie. Nie są egoistami, których cieszy możliwość picia w sejmowym bufecie (który, w ramach dawania przykładu przestrzegania prawa, jest zdecydowanie bliżej niż 150 metrów od sejmowej kaplicy) – chcą jeszcze mieć możliwość dania czadu podczas podróży pociągami:

http://www.rp.pl/artykul/2,282182_Poslowie_chca_alkoholu_w_pociagach.html

Prawda, że to wzruszające? Tyle problemów w Polsce, tyle absurdów w prawie, a połowie w pocie czoła z nimi walczą. Wprawdzie szef stosownej komisji jest zbyt zajęty parciem na szkło i demonstrowaniem swojej obsesji na punkcie Kaczyńskich, ale komisja walczy zaciekle. A że przypadkiem wybrali taką dziedzinę, gdzie nie trzeba następować na odciski żadnemu lobby, za to zwiększy się dochody budżetu (i wywali irytujących ludzi, którzy próbują dorobić sprzedawaniem browaru bez koncesji PKP)? Cóż, bliższa koszula ciału…

Beethoven i homofobia a sprawa polska

March 20, 2009

Ani chybi sprawa kontrowersyjnej interpretacji więzi rodzinnych w wykonaniu wicepremiera jest poważniejsza niż mogłoby się wydawać – bo w klasycznym manewrze odwracania uwagi, media rozpoczęły nagłaśnianie bełkotu jakiegoś przygłupa z radia, tudzież skupiły się na dwóch panach zza wielkiej wody rozżalonych na Lecha Kaczyńskiego (he, ustawcie się w kolejce chłopaki – chętnych do wyrażenia pretensji pod tym adresem jest trochę więcej).Nie znając więcej detali nie wypowiadam się o numerach z opcjami i konkubinami, bo nie mam ochoty swoich oszczędności, uchronionych jakoś przed kryzysem, wydawać na proces z Waldemarem “A sio” Pawlakiem. Że przesadzam? Paranoicy żyją dłużej…

W każdym razie za oknem świeci słońce, wiosna nabiera rozpędu i można zobaczyć co tam na froncie walki z nowym Holocaustem, czyli homofobią (licentia poetica na bazie wypowiedzi Szymona Niemca – z takim nazwiskiem, twarzą i skłonnościami wypisanymi na niej, nie ma chłopak lekko w życiu). Zaczęło się od tego, że Miłościwie Nam Panujący Kartofel podobno zaprosił kanadyjskich bohaterów spotu z orędzia:

http://www.dziennik.pl/polityka/article342284/Zobacz_prezydencki_list_do_gejow_z_oredzia.html

To znaczy, zaprosił ale nie zaprosił. Taka nieobecność jako wyższa forma obecności, jak mawia Stanisław Michalkiewicz. Nie do końca rozumiem o co ta cała burza, i szczerze mówiąc średnio mnie to obchodzi – prezydent ma prawo zapraszać kogo chce, pod warunkiem ze nie są to przestępcy lub osoby szkodzące Polsce. Jak dla mnie to dwaj Kanadyjczycy nie spełniają żadnego z tych warunków – więc o co chodzi? Przyjechaliby, posłuchali pięknej muzyki, może prezydent wspomniałby że to nic osobistego (fakt, że z orędziem wyszło dość niezręcznie)… Ale trochę dziwny jest fakt, że list wysłano w styczniu a nasze biegłe przebiegłe media bębnią w połowie marca.

Niektórzy ludzie funkcjonują trochę jak pies Pawłowa reagując na pewne bodźce w każdych okolicznościach. Senyszyn wścieka się o Kościół, Niesiołowski o Kaczyńskich, a politycy LPR – o homoseksualistów. Polityczny zombie Mirosław Orzechowski wynurzył się z oparów alkoholu, w których ostatnio prowadził samochód, i postanowił o sobie przypomnieć krytykując Kaczora Mniejszego:

http://www.dziennik.pl/polityka/article343743/Prezydencie_zagraj_z_pederastami_na_lirze.html

Jaka subtelność, wdzięk i kultura … Aż się chce czytać dalej, prawda? Fascynuje mnie sposób, w jaki pan Orzechowski łączy stare z nowym. Z jednej strony, klasyczny język pod adresem homoseksualistów (“pederaści z Ameryki“), okraszony patosem (“Urząd Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej” – cholera, nasz kraj zmienił nazwę a ja nie zauważyłem) – z drugiej nowoczesna polityczna poprawność (“Zwracanie się do pederastów per Panowie w myśl nowych przepisów UE jest zakazane. Sformułowania <Pan> i <Pani> są nielegalne z powodu, że są nazbyt seksistowskie“).

O ile Orzechowski cierpi na umysłowe zaparcie, to jego odpowiednik z drugiej strony debaty zdradza objawy problemów zgoła przeciwnych. Robert Biedroń od dawna zachowuje się jak chodzące uzasadnienie wszystkich obelżywych opinii o gejach, ale tym razem przeszedł sam siebie:

http://www.dziennik.pl/opinie/article342607/Prezydent_zapraszajacy_gejow_to_zenada.html

Co akapit to złota myśl, aż ciężko wybrać najlepszą – ten potok elokwencji wprost przytłacza. Ale jednak spróbuję:

Zaproszenie pary gejów Brendana Faya i Toma Moultonowa na 13. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena przez Kancelarię Prezydenta jest żenujące – szczęka zaczyna lot ku podłodze.

Poza tym powielanie stereotypu głoszącego, że geje interesują się zawsze muzyką poważną, jest zupełnie nie na miejscu – no właściwie to racja. Słyszał kto kiedy, żeby jakiś gej miał coś wspólnego z klasyką? Toż to obelga! Jeśli ktoś preferuje panów, jego obowiązkiem jest sluchanie wyłącznie Village People, Frankie Goes To Hollywood i Culture Club… Ewentualnie, w drodze wyjątku, Placebo. Na pohybel Czajkowskiemu!

Podobnie jak cały list, który zwyczajnie wprowadza czytającego w zakłopotanie. – że pan Biedroń  mógł czegoś nie pojąć, to mnie akurat nie dziwi – jego twarz ujawnia mózg dziewiczy nietknięty rozumem… Ale żeby swoje niedostatki w dziedzinie czytania ze zrozumieniem uogólniać na lud okoliczny?

Polska już nie słynie z kiełbasy i wódki, a z homofobii. – to już antysemityzm spadł z czołówek?Oj, będzie się działo…

Tymczasem przez ten list cały cywilizowany świat będzie się z nas śmiał. Już jest na pierwszych stronach w Polsce. Zainteresował się nim także “The New York Times”. Niedawno śmiano się z naszych protestów wobec Teletubisiów, śmiano się z orędzia, a niebawem pojawi się news, że prezydent RP zaprosił parę gejów na koncert Beethovena. To sytuacja, która wprowadza mnie w zażenowanie.– ktoś tu się ewidentnie inspiruje Bronisławem “Jamajką” Komorowskim. Cały świat, ogarnięty gospodarczym kryzysem, z zapartym tchem czeka na wieści z Polski dotyczące pary gejów z Kanady. Gdy usłyszą, że ten prostak pełniący urząd prezydenta ośmielił się zaprosić gejów na koncert – i to czyj? Beethovena? Poruta jak stąd do wspomnianego przez Biedronia Nowego Jorku.

Wściekłe protesty Biedronia przeciwko przypisywaniu gejom skłonności do muzyki klasycznej przypomniały mi piękną scenę z “Mistrza i Małgorzaty”: Korowiow i Behemot próbują wejść na przysłowiowy krzywy ryj do Gribojedowa, w progu zatrzymuje ich jakaś straszliwa biurwa przydrzwiowa. Na przymilny ton Korowiowa zaczynającego zdanie od “moja ślicznotko”, biurwa odpowiada ze złością “nie jestem ślicznotką!” – co towarzysz Behemota komentuje smutno “szkoda, wielka szkoda”…

I kiedy tak siedziałem lekko podłamany przelewającym się przez media tsunami głupoty wielobarwnej, trafiłem na głos rozsądku. Tomasz Raczek na szczęście przestał się bawić w celebrity i wrócił do dziennikarstwa, czyli swojego prawdziwego powołania. Zawsze ceniłem go za duet z Kałużyńskim (no i za fakt, że był zdecydowanie najlepszym naczelnym polskiej edycji “Playboya”) – i tym razem też mnie nie zawiódł:

http://www.dziennik.pl/opinie/article343217/Raczek_To_Biedron_mysli_stereotypowo.html

Wypowiedź jest tak rozsądna, wyważona i na poziomie, że po prostu nie mam serca jej dzielić na wyrwane z kontekstu kawałki – polecam zajrzenie na stronę i lekturę całego tekstu. Mnie w każdym razie bardzo poprawiła ona nastrój w piątkowe popołudnie. Bardzo się cieszę, że jest ktoś taki jak Tomasz Raczek w polskich mediach. Jego głos w całym zamieszaniu przypomina, na czym polega zapomniana nieco sztuka rozmowy o różnicach bez przekształcania wszystkiego w jarmarczny wrzask. Przywraca znaczenie hasłu “pięknie się różnić”, którego tak wielu cynicznie nadużywa.

Dziękuję, panie Tomaszu.

Folwark zwierzęcy na Wybrzeżu

March 16, 2009

Każdy dzień dostarcza nowych potwierdzeń faktu, że George Orwell miał rację pisząc o równości wszystkich zwierząt. Przedstawiciele matki naszej Kościoła cieszą się w Polsce mnóstwem przywilejów, po części zagwarantowanych (podpisanym nie wiadomo po co) konkordatem, po części – bo rozmaitej maści polityczno-urzędnicza szarańcza podlizuje się duchownym licząc na poparcie w wyborach (albo chociaż uniknięcie potępienia). Hierarchowie rozmaitego szczebla też nie są w ciemię bici i wykorzystują swoją pozycję dość skutecznie.

Nic specjalnie nowego, jak się tak chwilę zastanowić – więc po co Banachewicz trujesz ludziom głowę w poniedziałkowy ranek? Ano dlatego, że raz na jakiś czas zdarzy się coś, co bije dotychczasowe rekordy bezczelności. Tym razem mamy do czynienia z powrotem do przeszłości:

http://biznes.onet.pl/0,1934498,wiadomosci.html

Hm, diecezja gdańska… Czy to aby nie tam rezyduje ksiądz biskup Gocłowski, który w ramach wierności duszpasterskiemu powołaniu stwierdził swego czasu w kontekście lustracji “Lepiej nie wiedzieć, niż wiedzieć. Co nam to da, że będziemy analizować te dokumenty, co się z nich dobrego wyłania”?

Ciekawe, że wyrastające mu pod nosem przekręty w Stella Maris jakoś Jego Eminencji nie przeszkadzały, podobnie jak obecność kapusiów – taki, panie dzieju, człowiek ducha… Tylko jak przyszło co do czego, prawnicy kurii bez oporów wykorzystali kruczek prawny pozwalający na wyciągnięcie kasy od podatników. I wszystko w najlepszym porządku, a kto się czepia ten ateista, zaślepiony nienawiścią zawistnik albo oszołom…

Idę o zakład, że niezależnie od podziałów w obrębie Episkopatu, w tej sprawie purpuraci staną murem za gdańskim hierarchą. W końcu kłótnie o RM czy TW “Greya” lub “Filozofa” sobie, a interes musi się kręcić. Żle mi się robi na myśl, że w tej konkretnej sprawie jestem po jednej stronie z posłanką Senyszyn, ale cóż – skoro zepsuty zegar wskazuje poprawną godzinę dwa razy w ciągu doby, także i ta nieszczęsna kobieta może czasem powiedzieć coś sensownego.

Szkoda, że Waldemar Gronowski nie trafił na tak miłosiernych ludzi w skarbówce. No ale jak napisałem na początku:  folwark zwierzęcy trwa w najlepsze…

Nowy, jeszcze wspanialszy świat

March 3, 2009

Dwanaście lat temu Andrew Niccol nakręcił film “Gattaca”, opowiadający o świetlanej przyszłości, która czeka nas wraz z upowszechnieniem się diagnostyki opartej na badaniu DNA tudzież manipulacji w tej dziedzinie. Będzie można wybrać płeć dziecka, kolor oczu, uzdolnienia, zdolności przywódcze i co tam się jeszcze rodzicom zamarzy.

http://www.youtube.com/watch?v=o7OYCmynrRU

A potem pokazał na przykładzie trójki bohaterów co się dzieje, kiedy raz na jakiś czas technologia zawiedzie i na świat przyjdzie egzemplarz niepełnowartościowy z punktu widzenia panujących wokół kryteriów. Taki sobie zwykły facet – nieszczególnie atletyczny, inteligentny (ale nie wybitnie)… Ale on ma marzenie – chce polecieć w kosmos.

Można ten film rozpatrywać na paru warstwach – jako kryminał (czy bohaterowi uda się ukryć wadę serca przed kontrolą), opowieść o sile ludzkiego ducha przeciwstawionej materii i biurokratycznym procedurom, wreszcie – i tu według mnie tkwi siła tego filmu – jako ostrzeżenie. Przestrogę, do czego prowadzi uzurpowanie sobie prawa kreacji i postawienie postępu technicznego na ołtarzu, na którym nie ma już Boga, norm etycznych czy jak tam kto odpowiada na pytanie “dlaczego nie zabijesz swojego sąsiada”.

Nie ukrywam, że właśnie ten ostatni aspekt był dla mnie najciekawszy – jako wieloletni czytelnik różnych utopii, dystopii i innych alternatywnych rzeczywistości opisanych w literaturze, zawsze czułem pociąg do rozważań nad tym jak może wyglądać przyszłość bardziej odległa w czasie niż następna kadencja parlamentu.

Ale takimi rzeczami przecież nie trzeba się przejmować, bo to tylko film science fiction z Hollywood, prawda? Albo książka napisana przez wariata i narkomana? Prawda? Prawda?

No więc jak się okazuje, już nie. Kolejny raz rzeczywistość dogania koszmarne wizje wymyślone kiedyś przez artystów:

http://online.wsj.com/article/SB123439771603075099.html
PGD: ładny, zgrabny skrót  – i tak nowocześnie brzmi. Kiedyś używany do pomagania dzieciakom, u których jeszcze w łonie matki zdiagnozowano jakieś genetyczne paskudztwo… A teraz? Zamów sobie blond ślicznotkę, z piegami i zielonymi oczami. Albo synka – atletę. Bliźniaki z kolorami włosów dopasowanymi do tapety w sypialni…

Na początku tekstu mamy jeszcze rozbrajającą w swej naiwności wypowiedź pioniera metody, Marka Hughesa – ten facet najwyraźniej wierzy, że żadne laboratorium szanujące swoją reputację nie podejmie się takiego zabiegu. Naiwniak… Jak on się jeszcze uchował w dzisiejszym świecie? Ostracyzm? Śmiechu warte. Takiego przez zaciśnięte zęby.

Drugi głos rozsądku to szefowa Center for Genetics and Society, która formułuje coś oczywistego dla ludzi myślących w ciut szerszej perspektywie niż to, co w danym momencie widzą pod mikroskopem (no i dla twórców “Gattaki”): tworzymy źródła przyszłej dyskryminacji. Skoro niebieskoocy blondyni, genetycznie skorygowani w próbówce, będą tymi lepszymi – to automatycznie ktoś będzie musiał przyjąć rolę podludzi. Nie żeby współczesny świat był wolny od dyskryminacji, ale dorobienie do czyichś uprzedzeń naukowej podkładki… Cień ustaw norymberskich zaczyna majaczyć na horyzoncie.

Ciekawe co będzie następne. Ja stawiam – w myśl zasady “akcja rodzi reakcję” – na “Opowieść podręcznej”: części ludzi się nie spodoba taka uzurpacja boskiej prawie władzy (w końcu “odkryto” gen odpowiedzialny za religijność, więc czemu nie dodać do smukłej sylwetki i niebieskich oczu jeszcze charyzmy, poczucia humoru i lekkich skłonności do introwersji?), więc odbiją w przeciwną stronę, w tradycyjną religijność sprowadzoną do rytuałów. Na zewnątrz purytanizm, pod spodem… Oj, co ja się będę wysilał – kto nie zna a ciekaw, niech zajrzy do powieści Margaret Atwood.

A potem to już chyba tylko czekać na Mad Maxa.

FFWW: Frost / Nixon

March 2, 2009

Kim był Richard Nixon, wszyscy mający jakie takie pojęcie o historii XX wieku wiedzą. Davida Frosta kojarzy trochę mniej ludzi, a już o serii wywiadów, które ten drugi przeprowadził z tym pierwszym nie słyszał – poza Amerykanami starszego pokolenia – prawie nikt.

Co mnie najbardziej ujęło w tym filmie to fakt, że opiera się na powszechnie znanych faktach: kto chce, może czytać do woli o Nixonie, aferze Watergate, jak i samym wywiadzie. Wiadomo, jak się cała sprawa skończyła, wszystko wiadomo – ale autor sztuki na której oparto scenariusz, Peter Morgan, wypełnił przestrzeń między znanymi faktami swoją interpretacją psychologiczną. I to się ogląda jak najlepszy kryminał – mimo że wiemy, jak się skończy ta historia.

Obaj przeciwnicy – bo od początku nikt nie ma złudzeń, że to będzie zwykły wywiad – podchodzą do starcia z ugruntowanym obrazem drugiej strony. Dla Frosta i jego asystentów Nixon to skorumpowany łajdak, oszust i prawie personifikacja siedmiu grzechów głównych. Dla Nixona i jego przybocznego Jacka Brennana – Frost to głupkowaty playboy, prezenter programów dla ludzi o ilorazie inteligencji równym rozmiarowi buta. W fascynujący sposób film pokazuje, jak bardzo obaj adwersarze się pomylili.

Frost w interpetacji Michaela Sheena to gość, który odniósł sukces, przebił się jako prezenter na rynku amerykańskim, był na szczycie świata – i spadł. Teraz pałęta się w mateczniku najniższej oglądalności i wie, że wywiad z Nixonem to jego jedyna szansa. Na twarzy cały czas ma przyklejony uśmiech, zapewnia współpracowników że wie co robi – ale w rzadkich momentach szczerości, na przykład podczas rozmów z poderwaną w samolocie dziewczyną, zza maski przebija panika. Widzimy wtedy faceta, który zaczyna podejrzewać, że porwał się na zbyt ambitny cel.

Frank Langella zrobił z postacią Richarda Nixona coś, co właściwie ciężko opisać słowami. Osamotnienie i gorycz porażki przebijające spod maski człowieka, który wygląda jak naszprycowany sterydami Breżniew i manipuluje rozmówcami w stylu, który przyprawiłby o ciężkie kompleksy Cezara Borgię (genialna scena w zwiastunie, gdy Frost bełkocze do włączonej kamery)?

Nie wiem i nawet chyba nie chcę rozkładać tej świetnej roli na czynniki pierwsze – ale oglądając ten film czułem karuzelę emocji pod adresem byłego prezydetna: współczucie, sympatię, zażenowanie, niechęć… Wciągnął mnie portret człowieka, który miał wielkość na wyciągnięcie ręki, ale utonął pogrążony siedzącymi w jego psychice demonami. Bardzo łatwo byłoby potępić Nixona – za łamanie prawa, próby ukrycia nielegalnych działań w stylu godnym oprycha z Bronxu i parę innych rzeczy. Ale to jest pójście na intelektualną łatwiznę, a tego twórcy obrazu nam oszczędzają – co jest o tyle dziwne, że film wyreżyserował Ron Howard, facet znany raczej ze skłonności do łopatologii.

Nixon – fascynująca postać, Frost – też raczej nie z tych tuzinkowych. Tak różni, a równocześnie – co jest bardzo mocno podkreślone w scenie nocnej rozmowy – tak podobni. Dwaj ludzie, którzy desperacko pragną wrócić na szczyt, każdy z nich rozumie powody kierujące tym drugim, przez zaciśnięte zęby przebłyskuje czasem sympatia dla adwersarza – ale obaj wiedzą, że zwycięzca może być tylko jeden.

I jest w tym filmie jeszcze ostatnia rozmowa: program Frosta z wywiadami odniósł sukces, dziennikarz przyjeżdża pożegnać się z wpatrzonym w ocean prezydentem. Chwilami próbują jeszcze zachowywać się jak ludzie, ale forma wygrywa: Frost znowu jest pewnym siebie gwiazdorem, Nixon – zrezygnowanym starym człowiekiem.

Warto. Naprawdę warto.


Trailer:

http://www.youtube.com/watch?v=Ibxs_2nDXUc


Popiół, diament i sztacheta

March 1, 2009

Że arcybiskup Życiński jest małym facecikiem niegodnym funkcji sprawowanej w Kościele, to mniej więcej wiadomo od dawna. Osobiście podejrzewałem to od jakiegoś czasu, utwierdziło mnie definitywnie orędzie wigilijne trzy lata temu: Wigilia, ludzie czczą narodziny Chrystusa i cieszą się czasem z rodziną – ale głowa lubelskiej diecezji musiała, no po prostu musiała zacząć o kampanii nienawiści rozpętywanej w kontekście lustracji.

Że w zamian za fetowanie przez „salon”, Józef Ż. gotów jest poprzeć każdą bzdurę, to też niespecjalna nowość – nie jest prekursorem, w końcu autor powiedzenia „a wierz sobie i w kozła, byle byś dziesięcinę płacił” żył w wieku szesnastym, a nie dwudziestym. Na ile zbratanie księdza biskupa z Ministerstwem Prawdy z Czerskiej wynika z autentycznej głupoty, a na ile – z koniunkturalizmu (bo teczka TW „Filozofa” zawsze może się znaleźć – parafrazując klasyka „raporty nie płoną”), nie wiem i prawdę powiedziawszy średnio mnie to obchodzi.

Ale ostatnio eminencja pobił ustanowione przez samego siebie standardy – o ile przedtem robił po prostu za kwiatek do kożucha (czy raczej, biorąc poprawkę na rodowód wierchuszki gazety, do komsomolskiej kufajki), o tyle teraz zaangażował się na pierwszej linii frontu, wypluwając z siebie agitkę godną politruków typu braci Kurskich. I żeby dodać, jak mówią Anglicy „insult do injury”, nie ograniczył się do popełnienia kolejnego tekstu w gazecie – tym razem zrobił to z ambony w Popielec.

http://wyborcza.pl/1,88975,6324329,Abp_Zycinski__szokujacy_atak_w_mediac…

I to rodzi postawę walki o klienta. Żeby zainteresować i przyciągnąć trzeba dać tekst prymitywny, agresywny, pełen sensacji. I to obniża kulturę i prowadzi niekiedy do sytuacji, które szokują.” – wzruszające słowa, jakże zatroskane o kulturę debaty publicznej w Polsce, prawda? Można by zapytać, dlaczego ksiądz biskup regularnie udziela się na łamach dokładnie tych mediów, które potępia? Ale co ja tam wiem, chamski ryj, w końcu jako potulna owieczka jestem winien posłuszeństwo lubelskiemu pasterzowi.

W zeszłym tygodniu jedno z pism codziennych wydrukowało atak na drugą gazetę, oskarżając, że tam są Żydzi, to oni wszystko potrafią, formułując prywatne wycieczki, które dla miłośników plotek będą mieć dużą wartość i zainteresowanie, a do tego wykorzystując instrumentalnie do wywiadu chorego, który od lat boryka się i przeżywa poważne problemy psychiczne.” – no proszę, ile treści można upakować w jednym zdaniu. Taki styl ma sporą zaletę: w zalewie słów ginie sens i treść, a w słuchaczu pozostaje tylko wrażenie, że ksiądz biskup wskazał tych złych. Zgrabną zagrywką jest użycie określeń typu „jedno z pism” bo chociaż wszyscy wiedzą o co chodzi, ciężko księdzu biskupowi zarzucić coś konkretnego – w końcu nie nazywa nikogo po imieniu, prawda?

Ksiądz biskup pochyla się też z troską nad byłym cynglem „GW” Michałem Cichym – bo to taki, panie dzieju, biedny człowiek, chory, wykorzystywany instrumentalnie przez złą konkurencję czyli „Der Dziennik”. Ciekawe, że kiedy biskupowi przychodziło dzielić z tą kanalią łamy „Wyborczej”, jakoś nie widział problemu – nie przeszkadzało mu choćby opluwanie żołnierzy AK. Ale jak widać, są równi i równiejsi.

Skoro jesteśmy przy równiejszych: Cichy w swoim wywiadzie dla „Dziennika” poruszył kwestię pochodzenia niektórych członków redakcji „GW” i oczywiście to musiało wywołać odzew. Trochę jak w „Żywocie Briana”: kto powiedział Jehowa? Nieważne w jakim kontekście, nieważne o co chodziło – padło słowo „Żyd”, znaczy budzą się ukryte upiory antysemityzmu i trzeba im dać kategoryczny odpór.

Nawalanka między „Dziennikiem” a „Wyborczą” obchodzi mnie średnio – o żadnym z tych tytułów nie mam zbyt dobrego zdania, walczą o podobną grupę czytelników, więc oczywiście to nie przelewki. Że „Dziennik” sięga po człowieka średnio wiarygodnego, który ileś lat służył wiernie linii gazety a teraz wypadł z łask i wylewa żale u konkurencji – zbójeckie prawo redakcji „Dz”. Ale że w tę wojnę miesza się w kazaniu wygłaszanym w Środę Popielcową biskup kościoła katolickiego, to już jest przegięcie.

Wypowiadanie się na tematy polityczne i społeczne – jak najbardziej, w końcu duchowni też mają prawa publiczne. Lustracja – no, tu mam pewne wątpliwości z racji tego, że jak się okazuje paru wysokich rangą duchownych miało co nieco za uszami. Popieranie konkretnego kandydata – zgrzytam zębami, ale takie mamy czasy i kijem Wisły nie zawrócę.

Ale angażowanie autorytetu Kościoła w biznesową walkę dwóch gazet, która to walka zresztą przypomina okładanie się w remizie sztachetami umazanymi w gnojówce? Nie. Tutaj tolerancja dla ludzkich słabości w wykonaniu purpuratów powinna się skończyć. Jak powiedział jeden z bohaterów Sapkowskiego:

Non, kurwa, possumus.