Jakąś dziwną krętą ścieżką – z udziałem NMP, oczywiście – wylądowała na moim playerze płyta Discipline “To shatter all accord“. Przyznam bez bicia że za pierwszym razem weszła mi średnio, no ale zajrzałem na progarchives: zachwyty, pienia, i ogólnie klękajcie narody. Hm, pomyślałem, może faktycznie zatłoczone metro to nie są dobre warunki do przyswajania takich dźwięków?
Jak pomyślałem, tak zrobiłem i morał jest prosty: czasem warto posłuchać mądrości ludowej, zwłaszcza w kontekście muzyki (w granicach rozsądku: do Lady Zgagi nie przekona mnie nikt i nic – non, kurwa, possumus że tak Sapkowskim polecę).
Co słychać na tej płycie? Na pewno Van der Graaf Generator, i to już od pierwszych taktów “Circuitry“: gitara, potem klawisze oplecione saksofonem… Łomot perkusji, pulsujący bas, a gitarzysta gdzieś tam się wwierca w chmury jakbym miał rzucić skojarzeniem, to Pink Floyd tak gdzieś na wysokości “The Wall”). Natężenie emocji sięga zenitu, a nagle wjeżdża melotron z plumkającymi klawiszami… I robi się cicho i spokojnie.
Momentami trochę przemyka Genesis – choć może to skojarzenie wynika bardziej z oglądania Discipline niż słuchania. No bo i makijaż klauna na twarzy, i ekspresja całym sobą – trochę w tej pozie wokalisty wczesnego Petera Gabriela, trochę Fisha. Ale skoro z takich rejonów czerpią panowie inspirację, to wiadomo: nie będzie ironicznego dystansu i podśmiewajek, tylko emocje na wierzchu i ogólnie serio.
I muzyka nie odstaje od tej wiwisekcji: nie da sie wyśpiewać bebechów przy dźwiękach disco polo (czy, jak to się teraz ponoć nazywa, synth popu w rodzaju gówna znanego jako The Knife), więc gitara też brzmi chwilami pogrzebowo – choćby w “When She Dream She Dreams in Color“, pięknie nakręcając klimat. Jak już jesteśmy przy ponurackim budowaniu klimatu, to trzeba powiedzieć, że ta płyta barwi się chwilami na karmazynowo.
Co w sumie specjalnie dziwne nie jest: nazwa zespołu zobowiązuje, a uczyć się od Frippa i spółki u szczytu ich formy (czyli tak w okolicach “Starless…“) to nie wstyd. Wielu próbuje, ale mało komu wychodzi: u Discipline słychać szacunek do klasyki jako podbudowę do czegoś własnego, a takie na przykład Anekdoten brzmi jak (kiepski) tribute band King Crimson.
A na koniec mamy opus magnum tej płyty czyli “Rogue” – prawie trzydziestominutowa pioseneczka. Pomysłów wsadzono w nią dość żeby obdzielić kilka albumów – widać panom z Discipline przerwa w działalności dobrze zrobiła, bo wrócili z naładowanymi akumulatorami. Melodię niby da się (fragmentami przynajmniej) zanucić, instrumenty płynnie ze sobą rozmawiają – a całość wciąga jak dobra książka albo film i człowiek naprawdę skupia się na słuchaniu co będzie dalej.
Dynamiczna i szarpana melodia przechodzi w (znów: karmazynowe) szmeranie, które pomału narasta: i nagle zaskakuje człowieka nowy motyw, który gdzieś tam niespodziewanie wyrósł z tła – a całość spięta pulsującą sekcją rytmiczną. Generalnie, cała środkowa – instrumentalna – część “Rogue” to improwizowane granie w najlepszym stylu lat 70tych: oczyszczone z dłużyzn, narkotykowo-psychodelicznych odjazdów, bez jednej zbędnej nuty.
Ciekawa historia z tym albumem: niby – jak rozłożyć na czynniki pierwsze – gdzieś już to człowiek słyszał, bo i saksofony znajome, i neurotyczny chwilami wokalista, i burząca sielski nastrój gitara… A jednak całość wciąga.
Nowe wino w starych bukłakach? Jeśli tak, to na zdrowie – kac raczej nie grozi.

